Literatura

"Nie wszystko jest poezją"

Literatura
[Edward Stachura: Listy do Danuty Pawłowskiej. Danuta Pawłowska-Skibińska: Listy równoległe. Wstępem opatrzył i opracował Dariusz Pachocki. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 460.]

W pisarstwie Edwarda Stachury najbardziej uderza to, co nieobecne. Te strefy nieobecnego, niejednokrotnie sygnalizowane przez krytyków, to polityka, historia (przeszłość), religia. Zainteresowanie jego epistolografią w dużym stopniu jest wynikiem nadziei, że tutaj Stachura odsłoni się bardziej. Bo czy można było żyć w latach 60. i 70., pozostając całkowicie indyferentnym wobec marców i grudni, wydarzeń na Wybrzeżu czy w Radomiu? Czy można było w PRL nie mieć kłopotów z paszportem? Czy można było, przemierzając Polskę, rozmawiając z setkami ludzi, nie otrzeć się o martyrologię czy dysydentów, nie dostrzec w krajobrazie ludzi zmierzających do kościoła? Nie denerwować się brakami w zaopatrzeniu, kartkami na cukier i mięso? Gdy czytamy jego listy, przekonujemy się, że tak. IPN sobie, a Stachura sobie. Na dodatek przekonany jestem, że to jego dyskurs okaże się bardziej perswazyjny. Ale to sprawa przyszłości. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te nieobecności zawierały w sobie element świadomej prowokacji.

Oto przykład, aby był jaśniejszy i mniej kłopotliwy dla zelotów hegemonicznego dziś dyskursu, nie dotyczący PRL, lecz Meksyku. Stachura pojechał do Tepototzlan - to jeden z najlepiej zachowanych kompleksów architektonicznych jezuickiego baroku w Nowym Świecie: trzy imponujące barokowe ołtarze, muzeum ze wspaniałą kolekcją sztuki sakralnej okresu kolonialnego. Kiedy jednak Stachura opisywał swój pobyt tam, skupił się na opowiedzeniu o przygotowaniu sobie miejsca do snu pod gołym niebem tak, by nie zostać ukąszonym przez skorpiona. Kościół św. Franciszka Ksawerego jest nieobecny. A teraz wyobraźmy sobie, że byli tam i postanowili ten swój pobyt wpisać w opowieść Zbigniew Herbert czy Adam Zagajewski...

To przywołanie pokazuje osobliwość i wyjątkowość strategii pisarskiej autora Się. Tradycyjne emblematy sacrum zostają zniesione. Sacrum nie znika, ale zostaje przetransponowane. Krajobraz zostaje wyrwany z historii. Jack Kerouac w On the Road, również opisując podróż przez Meksyk, oczyścił przestrzeń z przeszłości, ale u niego Meksyk jest pełen ludzi, to kraina erotycznej przygody. Stachura wyczyścił swój Meksyk także z erotyzmu. Włóczęga jego bohatera (nie Stachury, bo on celowo wyprawił się np. do Tepototzlan) ma być całkowicie bezinteresowna, to ma być wędrowanie w stanie czystym, walka z własną ułomnością, zmęczeniem, snem. Tylko tyle i aż tyle. Kłania się Jack London.

Jestem przekonany, że Stachura był o wiele mniej spontaniczny, niż to symulował w swojej prozie - miarą jego niezwykłego talentu jest to, że wielu mu uwierzyło. Całkowicie świadomie chciał odciąć się od tła, zerwać z polską aurą wędrówki jako wymuszonej pielgrzymki. Podróż polska jest katorgą, ucieczką z zaścianka, powrotem, pielgrzymką do grobów, sanktuariów, formujących się gdzieś oddziałów, elementem kulturalnej edukacji. Wszystko to u bohatera Stachury zostaje zakwestionowane, mierzi go. Jego interesuje wędrowanie jedynie jako sprawdzian własnej wolności, wrażliwości i wytrzymałości.

Znakiem rozpoznawczym tego pisarstwa ma być autobiografizm. Ale bohaterem Stachury bynajmniej nie jest on sam. Jest nim człowiek, dla którego droga jest odkrytą sferą wolności, także jako ucieczki od przeszłości ku wyimaginowanej przyszłej wolności ja. Literatura ma być tego zapisem. Dlatego wbrew supozycjom autobiograficzności na próżno szukać w jego twórczości erotyzmu, jego kobiet. Ale przecież nawet wolne wędrowanie nie chroni od "wpadek" uczucia. Tak, bohater Stachury zdaje się uodporniony na pokusy postoju, wytchnienia czy domu. Ale przecież nie był od nich wolny sam artysta. Na przykład w 1959 roku pisze do Juliana Przybosia o imieniu "oczekiwanego (jak długo jeszcze) syna". W prozie, rzekomo autobiograficznej, nie ma śladu tęsknoty za ojcostwem. Od tego typu trosk jego bohater jest całkowicie wolny.

I tak dochodzimy do zasadniczego przedmiotu tych uwag - Listów do Danuty Pawłowskiej. To najobszerniejszy z opublikowanych dotychczas zbiorów listów pisarza do jednej osoby (190 listów z okresu od stycznia 1976 do września 1978). Na dodatek listów miłosnych. Co prawda Nicanor Parra napisał, nie bez racji: "Wszystkie listy miłosne są głupie", ale to nie przekreśla faktu, że adresatka traktowała je poważnie i dała się im uwieść. Poważnie potraktował je też edytor, Dariusz Pachocki, opatrując imponującym aparatem krytycznym. Przystępującym do ich lektury proponuję, by ją zaczynali od przeczytania samych przypisów Pachockiego, układają się one bowiem w skrupulatne kalendarium życia pisarza w tym okresie. A potem można bez zakłóceń czytać listy jak romans, którego Stachura nigdy nie napisał.

To, co najciekawsze w tej korespondencji, jest zarazem porażająco banalne: oto dojrzały pisarz zakochuje się w dzierlatce, maturzystce i córce swoich przyjaciół. Historia jak z działu korespondencji pism kobiecych. Nic na to nie poradzimy. Przy tym materia jest delikatna, wkraczamy w obszary prywatności przez jedną ze stron z pewną premedytacją skrywane i nieprzenikające do obnoszącej się z autobiografizmem twórczości. Po trzydziestu latach adresatka listów zdecydowała się jednak na ich opublikowanie. Jej listy pisarz zniszczył. By jednak zbiór nie był jednostronny, adresatka listów Stachury po latach napisała coś, co sama określiła jako listy równoległe. Praktycznie jest to zwarty i w pełni samodzielny tekst, w którym dojrzała kobieta próbuje sobie wyjaśnić, co właściwie wydarzyło się między nią a pisarzem, gdy była wchodzącą w życie dziewczyną. Otrzymaliśmy dzieło o osobliwej polifonii: listy Stachury, rozbudowane przypisy Pachockiego i autobiograficzny tekst Pawłowskiej w formie listu do zmarłego.

Interesują mnie listy Stachury i tekst Pawłowskiej. Listy kochanków rodzi potrzeba bliskiego kontaktu z ukochaną osobą, a ich emocjonalna temperatura sprawia, że wyjątkowo są to literackie perełki - tu trudno o "efekt uobcowania" (korzystam z zaproponowanej przez Henryka Markiewicza propozycji przekładu terminów "prijom ostrannienija" i "Verfremdungseffekt"). Autentyczne listy miłosne, nawet największych pisarzy, nie są wolne od sztampy i inaczej być nie może. To, co najbardziej w nich interesujące, zwłaszcza w wypadku kompletnego zbioru, to pewna oscylacja. Stachura zaczyna od listu jako narzędzia uwodzenia - jest pisarzem, który wierzy w siłę swojego słowa. Wręcz zasypuje swoją wybrankę lawiną listów, których siłą jest komplement i powtarzające się deklaracje miłości. Wszystko to mogłoby znaleźć się w poradniku uwodziciela. Ale faza listów jako miłosnego wyznania i apelu o wzajemność trwa bardzo krótko. Szybko następuje przejście od listu miłosnego do listu jako daru, piszący już nie odczuwa potrzeby uwodzenia. On teraz swoją ukochaną listami obdarowuje. A na dar, jak wiadomo, trzeba sobie zasłużyć. Kochanek bardzo szybko przybiera pozę mistrza, oczekując, że ukochana będzie pojętną uczennicą.

Nietrudno dostrzec, że w tej drugiej roli Stachura czuje się zdecydowanie pewniej. Niektóre porady, które śle wybrance, rodzą podejrzenie, że pragnienia ojcostwa Stachura nie potrafił w sobie poskromić. Wszystko miało być poezją, ale nie mogło być tak, że literatura i poezja są wszystkim. Ta korespondencja ukazuje pewien zasadniczy paradoks twórczości Stachury, budujący jej wewnętrzne napięcie. To walka z niemożnością przemiany wszystkiego w literaturę, a zarazem nieuchronna i dotkliwa świadomość tego, ile musimy skrywać, pisząc. Stachura nie chciał pogodzić się z tym, że literatura nie tylko odkrywa, lecz także przesłania, że jego bohater ma również przesłonić swojego twórcę.

Uważał, że brak uwagi jest u pisarza grzechem największym, ale u niego samego uwaga była przede wszystkim narzędziem eliminacji tego, co nie potwierdzało, że "wszystko jest poezją". Wśród wyeliminowanych znalazły się jego bardziej intensywne związki z kochanymi kobietami. Nie mogło być inaczej, miłość bowiem ogniskuje naszą uwagę, nieubłaganie wikła ją i odwraca od "wszystkiego". Kiedyś ktoś zapytał Alistaira McLeana, dlaczego w jego powieściach sensacyjnych brak wątków romansowych. "Dlatego, że odwracają uwagę czytelnika od akcji powieści" - odpowiedział pisarz. W El condor pasa narrator wysłuchuje w pociągu opowieści o wygasaniu miłości, ale jednocześnie ciągle przypomina czytelnikowi, że "się" ma dużo ważniejsze problemy. Tylko dobre wychowanie i wyrozumiałość sprawia, że "się" nie wygarnie opowiadającemu, że jego rozterki uczuciowe nie są niczym ważnym.

Tym, co łączy Stachurę z bohaterem jego prozy, jest to, że obaj żyją w ciągłej obawie przed utratą pełnej suwerenności wrażliwości. Z tym, że bohaterowi Stachury udaje się ją obronić. On potrafi wszystko zamienić w poezję. Listy do Pawłowskiej pokazują, że w życiu pisarza było nieco inaczej. A Adam z El condor pasa jest bliżej Stachury niż usiłujący mu pomóc "się" Kątny. Poza mistrza, nauczyciela życia i wrażliwości, którą przybiera w miarę rozwoju korespondencji, jest dramatycznym świadectwem porażki. Już samo istnienie mistrza jest zaprzeczeniem suwerenności wrażliwości. Mistrz nie uznaje autonomii wrażliwości. Jego świadectwo ma być darem, na który inni mają zasłużyć poddaniem wrażliwości własnej. Jest inaczej niż w przywołanym opowiadaniu. Tam narrator, nie zgadzając się z hierarchią rozterek bohatera, jednak ją uszanował. Zgodził się na rolę przypadkowego i mało skutecznego psychoterapeuty, ale nie wszedł w rolę mistrza, przewodnika po życiu. W korespondencji to się zdarza.

I tak dochodzimy do tego, dlaczego lektura tej korespondencji może być pożyteczna. Otóż w krytyce twórczość Stachury zostaje często przesłonięta przez narrację o jego życiu. Tymczasem wewnętrzne napięcie, właśnie ten szczególny efekt uobcowania świata w jego prozie, niewiele mają wspólnego z jego realnym życiem. Efekt ten jest skutkiem konfrontacji postawy narratora z realnym światem. Najogólniej analizując pragnienie narratora przekształcenia wszystkiego w literaturę, nie jesteśmy daleko od Don Kichota. Ale można wskazać na konkretny przykład. Oto w El condor pasa czytamy:
"Ja nie miałem tego, tego, tego i tego, i tamtego, i jeszcze tamtego, i jeszcze tego, ale miałem czas... Ja się nie dam nabrać na tę muchołapkę cap-cap, że trzeba szybciej, że trzeba sobie sprawić zadyszkę, żeby być człowiekiem współczesnym - się powiedziało sobie".
A teraz czytamy korespondencję i widzimy jej autora w ciągłym biegu, załatwieniach "tego, tego...". Jest tak zabiegany, że nie ma czasu nawet dla swojej ukochanej. Albo inny przykład, tym razem z San Luis Potosi:
"[...] u mnie nie ma przepaści pomiędzy nogami a słowami. Idą nogi, idzie głowa, potem słowa. Niekiedy słowa i nogi oraz głowa idą razem, jednocześnie; ramię w ramię, pierś w pierś. Niekiedy, bardzo rzadko, przodem idą słowa, ale tuż-tuż za nimi idą nogi oraz głowa. Moja głowa. Same słowa nie idą nigdy. Bo wtedy to są bezpodstawne słowa. I puste. Jak te, od których puchnie świat, jak ta żaba z pewnej bajki. Puff!".
A tu nagle obok głowy i nóg pojawia się jeszcze serce, i słowa miotają się miedzy sercem, głową, nogami i tym, co być może najważniejsze, literaturą. Ta korespondencja pokazuje, do jakiego stopnia dzieło Stachury ma charakter w pełni autonomiczny, do jakiego stopnia jest niezależne od jego autobiografii. Może być i będzie czytane przez tych, którzy o jego biografii nie mają najmniejszego pojęcia. Rodzaj wewnętrznego napięcia między narratorem i światem przedstawionym jest odmienny aniżeli pomiędzy Stachurą i rzeczywistością, także jego życiem uczuciowym.

Tragiczna samobójcza śmierć pisarza prowadzi często do domniemania, że był on ofiarą stworzonej przez siebie legendy, mówiąc inaczej: Stachura miałby być ofiarą wykreowanego w jego prozie bohatera-narratora. Ostatnio powtórzył ją i starał się uzasadnić Jan Pieszczachowicz w książeczce Edward Stachura - łagodny buntownik. Oczywiście poddanie literackiego ideału próbie życia przydarza się nawet pisarzom. Ale lektura tej korespondencji przywołuje nas do porządku: tym, który zostaje uwiedziony i poddaje ideał próbie życia, jest nie pisarz, lecz czytelnik. Pisarzowi wystarcza konfrontacja ideału z rzeczywistością w fikcji, jej wyobrażeniu. Tak jak robi to - od Cervantesa - każdy pisarz, także Stachura. Ryzyko czytelnika jest większe aniżeli pisarza. Zwłaszcza jeśli czytelnikiem tym jest wchodząca w życie wrażliwa dziewczyna. Jej tekst jest przejmujący, bo - w odróżnieniu od prozy Stachury - jest właśnie autobiograficzny.

Autorka nie ma pretensji do Stachury, że był, jaki był, ale do siebie, że pomyliła literaturę z życiem, że czytała, jak czytała. Że także jego listów nie czytała jak listów zakochanego pisarza Stachury, ale zakochanego Kątnego. Była zbyt młoda, by przewidywać, że takie materii pomieszanie nie może się dobrze skończyć. Podziwiam jej odwagę, że zdecydowała się na opisanie tej historii ze swojej perspektywy. Sprawiła nam niezwykły dar, ponieważ wskazała na niezbyt często uświadamianą sobie dialektykę lektury. Oczywiście nie ma lektury bez konsekwencji, lektury całkowicie bezgrzesznej, już choćby z tego powodu, że czas poświęcony lekturze moglibyśmy inaczej wykorzystać. Nie to jest istotne. Istotne jest to, że lektura jest zaniechaniem czegoś innego. Krytyk jako domniemany profesjonalista lektury zapomina o tym. Zniewala go zła wiara. Czyta Stachurę, bierze pod lupę bohatera jego prozy i to, co dostrzega, to fakt, że przecież on, krytyk, w odróżnieniu od niego, bohatera, jest człowiekiem rozsądnym. Szaleńczy nonkonformizm bohatera Stachury służy legitymizacji jego rozsądku, mądrości. Potrzebuje losu samego Stachury, by uzasadnić, że on nie musi żyć jak jego bohater. Stwierdza, że co prawda Stachura został ofiarą własnej legendy, ale przecież krytyk jest rozsądniejszy. Krytyka staje się zatem usprawiedliwieniem. Krytyka, a jest to szczególny przypadek stachurologii (choć nie dotyczy to Krzysztofa Rutkowskiego), zapomina, że dzieło literackie to nie poradnik wychodzenia ze stresu czy depresji, nieulegania rozpaczy, ale właśnie owo "uobcowanie", ujawnienie dystansu między mną a bohaterem literackim. To właśnie ta osobliwa dialektyka dystansu i bliskości stanowi o atrakcyjności bohaterów wielkiej literatury. Karl Kraus miał rację w swoim eseju o prozie Petera Altenberga (pisarza skądinąd bliskiego Stachury, który zakończył życie w szpitalu psychiatrycznym):
"[...] czytacze uczyniliby lepiej, powstrzymując się od głębszej penetracji umysłów poetów, jeśli ma to służyć demonstracji legitymizacji ich własnej egzystencji".
Tekst Danuty Pawłowskiej pozbawiony jest urazy. Potrafi napisać: "Bardzo starannie ukrywałeś mnie przed światem", ale nie ma w tym pretensji. Jest amor fati, może nawet jest go więcej niż w prozie Stachury, tak go proklamującej. Są też ślady stylistycznej zależności od jego prozy. Ale to w końcu niezły wzór. Być może dobrze się stało, że Stachura spalił listy adresatki. Pośrednio zmobilizował Pawłowską do pisania. Związek dwojga ludzi zawsze będzie coś skrywał przed światem. Literatura - do odkrycia tego niepotrzebni byli dekonstrukcjoniści - zawsze tyleż odkrywa, co przesłania. Liczy się wielość perspektyw. I tu odkryty został talent. To, co autorka napisała o sobie, jest zdecydowanie ciekawsze od tego, co napisała o Stachurze, choć może ta osoba, o której pisze, to niezupełnie ona, Danuta Pawłowska. Będziemy ostrożni, bo ta proza uwodzi jak proza Stachury. Może dlatego był taki zazdrosny. Ale to tylko domysły wścibskiego krytyka. A pisanie o Stachurze pozostawmy tym, którzy nie byli z nim w aż tak intensywnej relacji. To pozwala im bardziej zaufać wyobraźni.

Adam Komorowski
© by "Twórczość" 2008


Podobne

Film "Odkupienie" - artykuł o "Katyniu" Wajdy

Walerij Kuczin pisze: Zobaczymy sceny ukazujące współpracę radzieckich oficerów z dowództwem hitlerowskim w 1939 roku, zwycięski marsz po zdobytej bez walki Polsce, straszne dla...

Film ... Te wspaniałe bąbelki w tych pulsujących limfocytach

Film animowany w reżyserii Juliana Józefa Antonisza z 1973 roku.

Twórcy i Dzieła

Film "Toys"

Film dokumentalny w reżyserii Andrzeja Wolskiego z 2011 roku zrealizowany przez Instytut Adama...

Film "Przewodnik do Polaków"

Pięć filmów dokumentalnych o polskim rocku, modzie, zabawkach, himalaizmie i seksie w czasach PRL-u...

Film "Apel"

Film animowany w reżyserii Ryszarda Czekały z 1970 roku o rzeczywistości hitlerowskich obozów...