Noblowski tydzień Wisławy Szymborskiej, Sztokholm 1996
Polska noblistka przyjmuje z rąk szwedzkiego monarchy medal i dyplom, fot. JONAS EKSTROMER/AFP/East News
W grudniu w Sztokholmie świt wstaje późno, a mrok zapada bardzo wcześnie, już o trzeciej robi się ciemno. Większa część zimy upływa w egipskich ciemnościach. Szwedzi starają się rozproszyć je sztucznym światłem. W pierwszym tygodniu adwentu stawiają w oknach trójkątne świeczniki i podświetlane kartonowe gwiazdy. Pozostawiają je zapalone także nocą, by spóźniony przechodzień nie czuł się zagubiony w mroku. Na stołach płoną adwentowe świece, w każdym tygodniu zapala się kolejną. Są to nie tylko ślady odwiecznych tradycji, ale też rodzaj terapii, jakiej poddają się mieszkańcy Północy. Brak światła staje się problemem, przyczyną depresji i samobójczych myśli.
Bacznie obserwuje się w Szwecji temperaturę. W domu, w którym mieszkałam w sztokholmskiej dzielnicy Bagarmossen, w każdym pomieszczeniu znajdowały się termometry pokazujące temperaturę wewnątrz i na zewnątrz. Było ich więcej niż zegarków. Właściwie nic dziwnego w ojczyźnie Andersa Celsjusza, twórcy słynnej stustopniowej skali temperatur.
Kto i kiedy wymyśli aparaturę do mierzenia ludzkich emocji, wewnętrznego ciepła i wewnętrznego chłodu? Przydałaby się w grudniu w Sztokholmie podczas corocznego "noblowskiego tygodnia". Na razie muszą wystarczyć własne subiektywne odczucia. Więc o pobycie Wisławy Szymborskiej w Szwecji mogę powiedzieć tyle, że - według moich czujników - polska noblistka doznawała tam ciepłego, niekiedy wręcz gorącego przyjęcia. Sama na ogół promieniowała ciepłem. Czasami słupek rtęci nieco spadał, potem znów się podnosił.
Arlanda - oko w oko z prasą
Pierwsze pomiary miały miejsce wieczorem w piątek, 6 grudnia. Poetka przyleciała do Sztokholmu z Warszawy, via Kopenhaga, samolotem linii SAS. Na lotnisku Arlanda czekała ją natychmiast pierwsza konferencja prasowa. Obie strony - krucha pani w kostiumie w kratkę i kapelusiku bordo oraz grupa dziennikarzy, głównie polskich i szwedzkich - stanęły naprzeciw siebie nieco speszone. Już wcześniej poszły w świat sygnały, że Wisława Szymborska nie lubi mediów, czuje się osaczana i męczona przez dziennikarzy. Toteż ci ostatni - aby nie zasłużyć na miano nieludzkich - zadawali pytania grzeczne i nieco bezpłciowe. Jak tu zresztą pytać o cokolwiek kogoś, kto podkreśla, iż jest osobą bardzo kameralną i wprawdzie bardzo lubi się z ludźmi spotykać, "ale gdzieś do dwunastu osób. Po tej liczbie robi się dla mnie tłum. Nie wierzę, żeby wtedy można było z ludźmi nawiązać jakiś kontakt. A od dwóch miesięcy otaczają mnie ludzie, ludzie, ludzie... ".
Nieśmiało zapytano więc Wisławę Szymborską, czy to prawda, że napisała najkrótszy wykład w historii Nagrody Nobla.
- Bardzo jestem tym zmartwiona - odpowiedziała. - Ja w ogóle mam skłonność do aforyzmu i skrótowości, to już jest chyba nieuleczalna sprawa. Nie umiem pisać przemówień, nie mam do tego talentu. Zupełnie. To było tak: pisałam na takich malutkich karteczkach. Pisałam, tu coś skreślałam, tak że nie miałam zupełnie pojęcia, ile mi tego wyszło. Potem przez kilka dni bałam się to przepisać na maszynie - bo ja piszę ręcznie, a nie od razu na komputerze. Po przepisaniu wyszło sześć i pół strony. Ani linijki więcej! Jeżeli organizatorzy mi pozwolą, przeczytam dodatkowo trzy wiersze, korespondujące z treścią wykładu.
Autorka "Wołania do Yeti" ujawniła, że pisaniem wierszy zarabiała od czwartego roku życia.
- Już jako dziecko układałam wierszyki. Były śmieszne i nieporadne, ale kiedy coś mi się udało, ojciec wyjmował z kieszeni portfel i dawał mi parę groszy. A ja sobie wtedy kupowałam obrzydliwe cukierki.
Na jaki cel przeznaczy pieniądze z Nagrody Nobla? Zamierza podzielić się z innymi. Przynajmniej połowę przeznaczy na cele charytatywne, wesprze szpitale, "bo to jest bardzo w Polsce potrzebne". Nie zapomni też o przyjaciołach, którzy "ucieszyliby się jakimiś drobnymi prezentami".
- A poza tym - bo nikt nie jest nieśmiertelny - planuję w przyszłości założyć z tych pieniędzy, które mi zostaną, dwie fundacje na cele kulturalne.
Pytano także Wisławę Szymborską, co sądzi o Janie Pawle II jako o papieżu i poecie.
- Papież jest nieomylny w sprawach religii katolickiej - odpowiedziała błyskawicznie autorka "Ludzi na moście". - Ale niekoniecznie musi być nieomylny w sprawach poezji.
A czy dla twórczości noblistki ma znaczenie fakt, iż jest Polką?
- Naturalnie, że to ma dla mnie znaczenie. Ale jednocześnie czuję się i Europejką, i bardzo mnie obchodzą wszystkie inne narody spoza Europy. To chyba dobrze? Żyję nie tylko polskim losem, który naturalnie jest mi najbliższy, ale stale myślę o wszystkim, co się dzieje na świecie. To jest obowiązek każdego - myśleć o całym świecie, a nie tylko o kraju, w którym się mieszka.
Moje pytanie dotyczyło szwedzkiej poezji: czy Wisława Szymborska zna ją i ceni?
- Na pewno nie znam tak, jak na to zasługuje - zaczęła poetka, a szwedzcy dziennikarze z błyskiem w oku runęli do notowania. - Znam Tomasa Tranströmera, który dostał niedawno cenną nagrodę, August Prize, z czego ogromnie się ucieszyłam. Czujemy jakąś serdeczność wobec siebie - ja wobec jego poezji, on także dał dowody, że jestem autorką, którą lubi czytać. Ale to na pewno nie wszystko, co powinnam znać z poezji szwedzkiej. Tuż przed wyjazdem dano mi tomik, wydany w Polsce, ale to było w takim pośpiechu, że tylko rzuciłam okiem na te wiersze... I wiem, że one mi się bardzo podobają. Poeta urodził się chyba w 1908 roku... Po powrocie do domu przeczytam dokładnie i zaraz dam znać przyjaciołom w Szwecji, kto to był.
Sprawa wyjaśniła się jeszcze w Sztokholmie. Chodziło o Vernera Aspenströma (rocznik 1918), wybitnego przedstawiciela szwedzkiej awangardy, którego polscy czytelnicy znają z wyboru wierszy opublikowanego w roku 1977.
Konferencję prasową na lotnisku Arlanda zakończył w stanowczy sposób stały sekretarz Akademii Szwedzkiej Sture Allen, przypominając, że Wisława Szymborska musi jak najszybciej znaleźć się w Grand Hotelu. Czekała ją tam kolacja w wąskim gronie laureatów, pomyślana jako "przełamanie pierwszych lodów". Tegorocznych noblistów było dziesięciu, jedenasty - Kanadyjczyk, prof. William Vickrey, laureat w dziedzinie ekonomii - zmarł na zawał serca pięć dni po ogłoszeniu werdyktu.
Dwa małe słowa: "nie wiem"
Sobota, 7 grudnia. Wykład noblowski w Börssalen - Akademia Szwedzka mieści się w dawnym gmachu sztokholmskiej Giełdy na starym mieście. Wspaniały wieczór, jeden z najcieplejszych, choć za oknem kąśliwy ziąb.
Wzruszająca chwila, kiedy polska poetka przechodzi w stronę mównicy pośród huku długo niemilknących braw. "Wieczór autorski"... Właśnie ten wiersz Wisławy Szymborskiej nasunął się witającemu ją Sture Allenowi.
Muzo, nie być bokserem to jest nie być wcale.
Ryczącej publiczności poskąpiłaś nam.
Dwanaście osób jest na sali,
już czas, żebyśmy zaczynali.
Połowa przyszła, bo deszcz pada,
reszta to krewni. Muzo.
Tym razem na sali pełnej luster i kryształowych żyrandoli jest pięćset osób, czekających na każde słowo poetki. "Zaczynamy czytanie. Muzo". Wisława Szymborska mówi pewnie i swobodnie, bez tremy. Wygląda wspaniale - w eleganckiej czarnej sukni, z odrobiną srebrnej biżuterii. W jej twarzy uwagę przyciągają przede wszystkim oczy, żywe i lśniące. Wykład nosi tytuł "Poeta i świat". Nie jest to naukowy elaborat. To wypowiedziane szlachetnie prostym językiem refleksje o poezji i o jej twórcach, myśli Szymborskiej o źródłach i naturze poezji. Jednym z tych wiecznie bijących źródeł jest zdziwienie, poczucie niemożności zdefiniowania świata, poszukiwanie, wieczne "nie wiem". Mówił tak sobie Izaak Newton patrząc na spadające jabłka, mówiła tak zgłębiając tajniki fizyki i chemii Maria Skłodowska-Curie, dwukrotna laureatka Nagrody Nobla.
"Poeta również, jeśli jest prawdziwym poetą, musi ciągle powtarzać sobie »nie wiem«. Każdym utworem próbuje na to odpowiedzieć, ale kiedy tylko postawi kropkę, już ogarnia go wahanie, już zaczyna sobie zdawać sprawę, że jest to odpowiedź tymczasowa i absolutnie niewystarczająca. Więc próbuje jeszcze raz i jeszcze raz, a potem te kolejne dowody jego niezadowolenia z siebie historycy literatury zepną wielkim spinaczem i nazywać będą »dorobkiem«".
Pełny tekst odczytu noblowskiego Wisławy Szymborskiej w języku polskim [zobacz].
Sala reaguje żywo na ironię i dowcip Szymborskiej. Z uwagą przysłuchuje się końcowej części wykładu, w której poetka prowadzi rozmowę z Eklezjastą, "autorem jakże przejmującego lamentu nad marnością wszelkich ludzkich poczynań". Chwilami rozmowa ta brzmi jak fragment jakiegoś nieznanego wiersza poetki.
Wykład rzeczywiście był rekordowo krótki, trwał piętnaście minut. Czy był najkrótszy w historii Nagrody Nobla, nie wiem, ale tak właśnie mówiono. Uzupełniły go, zgodnie z zapowiedzią laureatki, trzy utwory: "Psalm" z tomu "Wielka liczba", "Wersja wydarzeń" z "Końca i początku" oraz z nowych wierszy "Jacyś ludzie".
Żegnają Wisławę Szymborską gorące oklaski. Jedna ze słuchaczek przedziera się w stronę poetki z płytą Elli Fitzgerald: "Słyszałam, że pani ją lubi, więc chciałabym ją pani podarować".
O tym, że noblistka bardzo ceni śpiew Elli Fitzgerald ("zawsze na dystans, zawsze jakby stała trochę obok"), wie już cały Sztokholm. Z filmu o Szymborskiej Larsa Helandera nadanego kilkakrotnie przez szwedzką telewizję. Mowa w nim także o nałogu palenia papierosów. Szymborska, namiętna palaczka, mówi przed kamerą, że w kłębach tytoniowego dymu powstało wiele dzieł noblistów. Wątpi, czy to samo byłoby możliwe przy żuciu gumy antynikotynowej. Mój znajomy ze Sztokholmu komentuje: "Ależ prezent dla dla przemysłu tytoniowego! Świetne hasło reklamowe".
Po czterdziestu minutach uroczystość w Börssalen pomalowanej na kolor bieli antycznej (czyli lekko szarawej) dobiega końca. Wisława Szymborska, grono towarzyszących jej osób oraz członkowie Akademii Szwedzkiej pośpiesznie opuszczają gmach Giełdy. Czeka ich kolacja w willi w Bergsgarden, ekskluzywnej dzielnicy Sztokholmu.
Niż, chłód, opady
9 grudnia, poniedziałek. Przenikliwe zimno. Szybko przemykam ulicami śródmieścia na Mäster Samuelsogatan 32. W Akademibokhandeln, największej księgarni w całej Skandynawii, Wisława Szymborska ma o jedenastej podpisywać swoje książki. To utrwalona od lat tradycja: w przeddzień głównej uroczystości laureaci Literackiej Nagrody Nobla spotykają się tu z czytelnikami.
Przed księgarnią stoi zmarznięte i osowiałe stadko dziennikarzy.
- Nie przyjedzie - słyszę na powitanie. - Żadnego podpisywania nie będzie!
- Dlaczego? Co się stało?
- Nie wiadomo. Podobno źle się poczuła.
- Ale może to nieprawda? Dopiero wpół do jedenastej.
- Nie przyjedzie - mówi ponurym głosem koleżanka z krakowskiego radia. - Wewnątrz wywiesili już zawiadomienia.
Niepokoimy się: czy Wisława Szymborska zachorowała? Co z jutrzejszą uroczystością?
- Wejdźmy do środka, bo się tu pozaziębiamy.
Na pewno zaraz przyjedzie ktoś z najbliższego otoczenia poetki. Mija kwadrans, pół godziny, nikt nie przyjeżdża. Czy to możliwe, żeby nikt się nie zjawił? Niczego nie wyjaśnił? Nie przeprosił?
Do księgarni wciąż wchodzą sztokholmczycy. Niektórzy zaraz wychodzą, inni mają jeszcze nadzieję. Na posterunku koło "noblowskiego" stolika stoi pracownik Księgarni Akademickiej Piotr Rodziewicz. Wytrwale wyjaśnia w trzech językach, po szwedzku, po polsku i po angielsku, że noblistka naprawdę nie przyjedzie. Jest mu bardzo przykro, ale nie ma na to żadnego wpływu. Nie wie, czy pani Szymborska zachorowała, czy też jest zmęczona po dwóch trudnych dniach. Może zmęczyła ją niedzielna wyprawa do Västerás, dokąd pojechała odwiedzić Tomasa Tranströmera? Na to też nie potrafi odpowiedzieć. Zawiadomiono go jedynie, że do Akademibokhandeln poetka nie przyjedzie.
Czytelnicy są zawiedzeni - niektórzy czekają od dziesiątej rano - jednak okazują zrozumienie. Pomału odchodzą. Piotr Rodziewicz (mieszka w Szwecji od 1986 roku, jest księgarzem w dziale filozofii i religii) dyskretnie ociera pot z czoła. To miał być dla niego wielki dzień, ale wszystko spaliło na panewce.
- W zeszłym roku - wspomina - Seamus Heaney podpisywał swoje wiersze z grypą i gorączką. Przyszły tłumy. Teraz byłoby tak samo...
Na stoliku stoi w wazonie samotna róża w ciepłym herbacianym kolorze i starannie poukładane książki. Dwa tomiki poezji Wisławy Szymborskiej w tłumaczeniu Andersa Bodegarda: "Utopia" (174 korony, prawie 700 tysięcy starych zł - książki są tu bardzo drogie) i "Nära ögat" (w wolnym przekładzie "Wszelki wypadek", 134 korony, ponad pół miliona starych zł), ale nie tylko. Są też remanenty z roku 1981 - zbiór poezji i reportaży z Polski w wyborze Nilsa Ake Nilsona. Na okładce brama Stoczni Gdańskiej z portretem papieża i biało-czerwony pasek polskiej flagi. W środku wiersze Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza, Stanisława Grochowiaka, Juliana Kornhausera, Stanisława Barańczaka i Ryszarda Krynickiego, sporo Zbigniewa Herberta, między innymi "Herr Cogitos testamente".
Kiedy tak oglądam tę wyciągniętą z przepastnych magazynów Akademibokhandeln książkę z heroicznego roku 1981, pojawia się nagle człowiek z kartonowym pudłem. Przywiózł z Grand Hotelu pięćdziesiąt tomików "Nära ögat" podpisanych osobiście przez Wisławę Szymborską! (Podobno jeden tomik poetka wyrzuciła do kosza, ponieważ z rozpędu podpisała się "Wiesława".) W księgarni nagłe ożywienie, ręce wyciągają się w stronę pudła i po chwili wszystko wyprzedane. Unoszę do kasy jeden egzemplarz, chociaż znam co najwyżej trzydzieści szwedzkich słów.
Wieczorem w Teatrze Południowym (Södra Teatern) polsko-szwedzki wieczór poezji. W zastępstwie Wisławy Szymborskiej wystąpiła Teresa Walas. Niektórzy, zawiedzeni nieobecnością noblistki, oddawali bilety w kasie. Ale większość miłośników poezji jednak została.
Dwór
Najbliższe otoczenie Wisławy Szymborskiej w Sztokholmie prawie natychmiast zdobywa sobie miano Dworu, Orszaku albo Świty. Tylko osobisty sekretarz poetki, młody polonista Michał Rusinek zwany jest, zupełnie niemonarchistycznie - Pierwszym Sekretarzem. Jako najściślejszy Dwór postrzegani są ponadto: Teresa Walas, literaturoznawczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego i przyjaciółka poetki, attache kulturalny ambasady szwedzkiej w Polsce, przemawiająca głębokim altem Mika Larsson, szwedzki tłumacz poezji Wisławy Szymborskiej Anders Bodegard i Jerzy Illg, redaktor naczelny wydawnictwa Znak.
Ścisły Orszak udzielał się bardzo skąpo, działając w myśl zasady "im mniej, tym lepiej". Taką miał najwyraźniej politykę towarzyską i informacyjną. Najmniej opancerzoną twarz i najmniej niewidzące oczy ma Anders Bodegard. Żałuję, że w biegu i pędzie "noblowskiego tygodnia" nie udało mi się z nim dłużej porozmawiać. Jest nie tylko wspaniałym tłumaczem, filologiem, któremu słowo łatwo się poddaje, ale i mądrym przyjacielem Polski. Kiedy jakiś czas temu w "Dagens Nyheter" na kolumnie redakcyjnej określono Lecha Wałęsę (wówczas jeszcze prezydenta) mianem "autorytarnego chama", a w kilku kolejnych programach telewizyjnych pokazywano Polaków w Szwecji jako społeczność złożoną głównie z "dziwek, handlarzy wódką i osób pracujących na czarno", Polskę zaś jako ciemny i prymitywny "kraj brzydkich widoków, pijaków i staroświeckich zakonnic", Bodegard chwycił za pióro i napisał tekst publicystyczny "Czy z Polską jest coś nie tak? ". Pytał w nim Szwedów, czy dla poprawy samopoczucia i podtrzymania mitu o własnej doskonałości potrzebny jest im koniecznie czarny obraz sąsiada. Przypomniał już w pierwszym zdaniu swojego artykułu, że nie zawsze mieli powody do wywyższania się: "W latach dwudziestych naszego wieku ciotki mojego ojca wyjeżdżały ze Smalandu do Warszawy usługiwać i sprzątać u tamtejszych państwa. Stanowiło to alternatywę wobec emigracji do Ameryki".
Bodegard - świetny tłumacz (przełożył także "Dziennik" Witolda Gombrowicza, książki Kapuścińskiego i ks. Tischnera) mógłby po Noblu dla Wisławy Szymborskiej puszyć się i rozpościerać pawi ogon. Nic z tych rzeczy. Z ujmującą skromnością mówi, że spłynęło na niego zbyt wiele splendorów. I przypomina, że nie jest jedyny. Wiersze Szymborskiej mają znakomite przekłady niemieckie i angielskie: Karla Dedeciusa oraz Clare Cavanagh i Stanisława Barańczaka.
Nikt nie ma wprawy
10 grudnia, setna rocznica śmierci Alfreda Nobla. Najważniejszy i najtrudniejszy dzień - próba generalna przyjmowania nagrody, uroczysta gala i bankiet. Rozmaite przeszkody do wzięcia - ściskanie królewskiej dłoni, rytuał ukłonów, dworska etykieta, dwugodzinna uroczystość w filharmonii, trzygodzinny bankiet, podziękowanie. Wszystko to wymaga od laureatów stalowych nerwów i kondycji.
Gazety skrupulatnie wyliczają, ile tysięcy kwiatów różnych gatunków przysłano z San Remo, miasta, w którym zmarł Nobel. Goździki, lilie, gladiole i gerbery. Telewizja pokazuje dumne włoskie kwiaciarki na tle gigantycznych szklarni. Podczas porannej próby w filharmonii kwiaty opakowane są szczelnie folią, ale i tak czuje się ich duszący zapach. Nobliści uczą się chodzić, wstawać, siadać, odbierać dyplom i medal, ściskać "królewską" prawicę (w rolę monarchy wciela się dyrektor Fundacji Noblowskiej Michael Sohlman), rozdawać ukłony. Mylą się, plączą kroki i ukłony, ale wszystko z uśmiechem i przy zachęcających oklaskach dziennikarzy, którym pozwolono przyglądać się próbie.
Atmosfera znakomita. Wisława Szymborska spokojna i opanowana. Wygląda na zdrową i wypoczętą, co bardzo cieszy polskich dziennikarzy zaniepokojonych jej poniedziałkową niedyspozycją. Jest jedyną noblistką, której Akademia Szwedzka - w osobie wygłaszającej laudację pisarki BirgittyTrotzig - złoży gratulacje w języku francuskim. Poza tym wszechwładnie panuje angielski, chociaż same laudacje odczytywane są po szwedzku.
Wielka gala w Filharmonii Sztokholmskiej zaczyna się punktualnie o godzinie 16:00. Jest zupełnie ciemno. Na placu Hötorget przed głównym wejściem do filharmonii płonie ogromne ognisko. Tłumy mieszkańców Sztokholmu i turystów przyglądają się niezwykłemu korowodowi dam w długich sukniach i dżentelmenów we frakach. Nie wszyscy panowie noszą przy tym długie palta i cylindry; niektórzy pozostali przy codziennych sportowych kurtkach, pod którymi usiłują ukryć wystające poły fraka.
Przypadło mi miejsce na balkonie, po tej stronie, gdzie zasiada para królewska i księżna Lilian. Mam więc znakomity widok na tyły głów i monarsze plecy Karola XVI Gustawa z dynastii Bernadotte’ów i pięknej królowej Sylwii, która nosi tego dnia - po raz drugi w życiu - klejnoty należące niegdyś do Józefiny Bonaparte. Podczas dwugodzinnej uroczystości Her Majesty the Queen siedzi wyprostowana jak struna, ani razu nie korzystając z oparcia antycznego krzesła.
Konserthuset, czyli Filharmonię Sztokholmską zaprojektował w latach dwudziestych XX wieku Ivar Tengbom wzorując się na świątyniach antyku. Przyświecała mu dziwna nieco idea, aby "wznieść grecką świątynię w pobliżu koła polarnego". Dominujące barwy Sali Wielkiej to czerwień, ciepły brąz i złoto. Tengbom zaprojektował ją tak, aby przypominała dziedziniec pałacowy otoczony portykiem. W centralnym punkcie umieścił podium, na którym zasiadają teraz laureaci, akademicy oraz para królewska z księżną Lilian, starszą damą w ciemnoniebieskiej sukni. Wisława Szymborska wystąpiła w eleganckiej, nobliwej kreacji z grubego atłasu w kolorze brązowym, z żakardowym żakietem. Zdaniem znawców, w kolorze tabakowym.
Nagrody odbierają najpierw fizycy, chemicy i przedstawiciele nauk medycznych. Wreszcie przychodzi kolej na literaturę. Wisławę Szymborską prezentuje w krótkim przemówieniu szwedzka pisarka Birgitta Trotzig. Mówi: "W osobie Wisławy Szymborskiej Akademia Szwedzka pragnie uczcić przedstawiciela - i to przedstawiciela o niezwykłej i nieugiętej sile i czystości poetyckiego wyrazu - poezji. Poezji jako odpowiedzi na życie, na sposób życia, pracę nad słowem, poezji jako myśli i odpowiedzialności".
Polska noblistka - i jest to podniosły, wzruszający moment - przyjmuje z rąk szwedzkiego monarchy medal i dyplom. Zgodnie z ceremoniałem powinna była ukłonić się trzykrotnie. Nie wypadło to jednak dokładnie tak jak na próbie. Poetka kłania się jednocześnie wszystkim w pełnym uroku geście zakłopotania. Otrzymuje burzliwe oklaski. W tym samym momencie w pierwszych rzędach parteru, tam gdzie siedzi część Orszaku, rozlega się straszliwy śmiech, który każe podejrzewać, że gdzieś w filharmonii ukrył się Roland Topor. Na szczęście miłosiernie tłumią ten wybuch dźwięki muzyki Mozarta.
Fanfary, homar, perliczka
Bankiet noblowski. Najbardziej snobistyczna impreza w Szwecji, przedmiot westchnień i pożądań wielu jej mieszkańców. Odbywa się w Ratuszu, który stoi na Wyspie Królewskiej - Kungsholmen. Imponujące rozmiarami gmaszysko, zbudowane w roku 1933 z ciemnoczerwonej, ręcznie wyrabianej cegły, stanowi przedziwną mieszankę stylów, połączenie średniowiecza z renesansem i Bóg wie, z czym jeszcze. Bardzo pojemne - bez trudu mieści w ogromnej Sali Błękitnej 1250 gości.
Podczas bankietu mam nieodparte uczucie uczestniczenia w spektaklu wyreżyserowanym przez Bogusława Kaczyńskiego. Chociaż przypomina się także Gombrowicz. Co chwila fanfary. Królewski orszak z noblistami i dostojnikami państwowymi spływający majestatycznie po schodach. Norki i brylanty. Girlandy z róż, orchidei i tulipanów, arie (zgodnie z gustem muzycznym Alfreda Nobla) z "Samsona i Dalili" Saint-Saensa, "Poławiaczy pereł" Bizeta, z "Romea i Julii" Gounouda. Orientalni tancerze z pochodniami, żywe charty i "wiszące ogrody". Sznury wymusztrowanych kelnerów. Ogólnie rzecz biorąc - forma operowa, dostojeństwo z nieodzownymi elementami sztuczności.
Trzygodzinne przyjęcie było zaprogramowane co do minuty i jedyną niespodzianką dla gości było menu, stanowiące do ostatniej chwili tajemnicę państwową. Jego układanie jest sztuką niełatwą, ponieważ potrawy mają być równocześnie: szwedzkie, raczej lekkie, łagodne w smaku i wykwintne. W tym roku na przystawkę podano galaretkę z homara i kalafiora z kawiorem, a jako danie główne galantynę z piersi perliczek faszerowanych pietruszką, grzybami i kaszą oraz pieczone warzywa i ziemniaki po lapońsku (dlaczego po lapońsku, wszyscy zachodzili w głowę: wyglądały i smakowały jak najzwyklejsze puré). Były trzy gatunki win: Champagne Pommer (rocznik 1990), czerwone Chambolle-Musigny (1992) i rewelacyjne białe Chateau Lafauńe-Peyraguey (rocznik 1990). Na deser Glace Nobel, sorbety obłożone watą cukrową mającą imitować śnieg, ale niebezpiecznie przypominającą z wyglądu watę szklaną. Kolację zakończyła kawa. Podana, niestety, bez koniaku, co ze zgorszeniem odnotowała następnego dnia prasa szwedzka.
Tradycyjne mowy dziękczynne laureatów rozpoczęła polska noblistka, która podczas bankietu zasiadała po prawicy króla. "Pani Szymborska będzie przemawiać 15 sekund" - zażartował patrząc na zegarek szwajcarski dziennikarz. I niewiele się pomylił. Autorka "Ludzi na moście" powiedziała (po francusku) cztery krótkie zdania:
- Nikt nie ma wprawy w otrzymywaniu Nagrody Nobla. Nikt nie ma także wprawy w wyrażaniu za nią wdzięczności. W moim ojczystym języku, jak zresztą w każdym innym, jest wiele pięknych słów do wyboru. Jednak wydaje mi się, że przy takiej okazji najprostsze słowo zabrzmi najbardziej poważnie i sensownie: merci, dziękuję, tack.
Nazajutrz prasa szwedzka zajęła się recenzowaniem szczegółów gali i bankietu (łącznie z nocnymi tańcami w Złotej Sali Ratusza). O Wisławie Szymborskiej pisano wyłącznie w superlatywach. Szwedom bardzo się podobał jej elegancki i powściągliwy sposób bycia. "Szczęśliwa melancholia i pełna powagi lekkość".
Reglamentacja
Czytelnicy poezji Wisławy Szymborskiej - w Szwecji rozeszło się w ostatnim czasie 18 tysięcy egzemplarzy jej tomików, co jest liczbą imponującą w 8-milionowym społeczeństwie - liczyli na to, że po głównych uroczystościach będą mogli wreszcie nacieszyć się obecnością poetki i jej wierszami. Zaplanowanych było jeszcze kilka spotkań i wszystkie się odbyły.
W środę, 11 grudnia, poetka gościła na Uniwersytecie Sztokholmskim, w czwartek odwiedziła uniwersytet w Göteborgu (tylko tam nie byłam), w piątek sławną bibliotekę Carolina Rediviva w Uppsali, a w sobotę spotkała się ze szwedzką Polonią w tej samej sali Giełdy, gdzie wcześniej wygłosiła wykład noblowski. Spotkania te, z wyjątkiem sobotniego, miały podobny przebieg. Najpierw długie, pełne emocji i radości oczekiwanie. W dłoniach kwiaty i tomiki wierszy. Gorące brawa na powitanie. Później czytanie wierszy, po polsku i po szwedzku. Raczej niedługie.
- Tylko dwa pytania z sali - zapowiada surowo Mika Larsson. Dwie krótkie, brzmiące nieco zdawkowo odpowiedzi. Kilka podpisanych tomików. I koniec.
Temperatura nagle spada. Orszak patrzy nieprzychylnie na błagających o autograf: Nie, w żadnym wypadku. Chłodne: Proszę nie robić zdjęć!
Czarna limuzyna odjeżdża. Program spotkań jest bardzo napięty.
"Biedna Uppsala z odrobiną wielkiej katedry"
Piątek, 13 grudnia, dzień świętej Łucji. Dwanaście stopni mrozu, cienka warstwa śniegu. Ten dzień zaczął się najsmutniej dla naszego fotoreportera Michała Sadowskiego. Czuwał całą noc, w obawie, że prześpi piątą rano i nie zdąży do Grand Hotelu. Nobliści tradycyjnie budzeni są tam o świcie przez piękne Łucje w białych długich koszulach i w koronach z zapalonymi świecami. Trudno nie marzyć o takim zdjęciu. Michał był jedynym polskim fotoreporterem, który został do piątku w Sztokholmie, aby uwiecznić chwilę, gdy podobne do aniołów dziewczęta wnoszą do apartamentu Wisławy Szymborskiej kawę i pierniczki. Został odprawiony od drzwi, pozwolono wejść tylko ekipie telewizyjnej.
W Uppsali, gdzie mieści się najstarszy, założony w roku 1477, uniwersytet w krajach skandynawskich, Wisława Szymborska spotyka się z czytelnikami w bibliotece Carolina Rediviva. To jedna z największych bibliotek w Skandynawii z księgozbiorem liczącym około czterech milionów tomów. W sali rękopisów przechowują tam bezcenne zabytki, m.in. Srebrną Biblię z VI wieku i manuskrypt "Czarodziejskiego fletu" Mozarta.
Poetkę, co jest pięknym gestem, wita po polsku dyrektor biblioteki Ulf Göranson, po francusku zaś rektor uniwersytetu Stig Strönholm. Scenariusz znów podobny - kilka wierszy po polsku i po szwedzku, oczywiście z "Elegią podróżną", w której mowa o "Biednej Uppsali z odrobiną wielkiej katedry". Pół godziny i po wszystkim. Nagłe zakończenie. Wisława Szymborska wpisuje się do księgi pamiątkowej: "Dziękuję najserdeczniej za możliwość czytania wierszy w Bibliotece w pięknej starej Uppsali".
Spośród kilkuset osób na sali chyba połowę stanowią Polacy, zjechali tu z całej okolicy. Budzą się nagle w opustoszałej sali i po wielkich emocjach nie bardzo wiedzą, co zrobić z tak wspaniale rozpoczętym dniem.
Najpiękniejszym i najcieplejszym dniem, chociaż na dworze mróz i śnieg, jest sobota 14 grudnia. Tego dnia Wisława Szymborska spotyka się rano z Polakami w Sztokholmie. I nareszcie jest z czytelnikami dłużej i bliżej.
Börssalen mieści pięćset osób, ale chętnych na zaproszenia rozprowadzane przez Ambasadę RP i Instytut Polski było znacznie więcej. Poetkę wita ambasador Barbara Tuge-Erecińska, wspaniale mówi o noblistce tłumacz i krytyk Leonard Neuger. Charakteryzuje jej twórczość między innymi jako uchylanie apodyktyczności, jako poezję prawdziwych pocieszeń. O "procesie nobelizacji Wisławy" opowiadają Teresa Walas i Anders Bodegard. Jeszcze raz mowa o noblu, który niespodziewanie spadł na poetkę, jeszcze raz o "prześladowcach" z prasy, radia i telewizji, o oblężeniu zakopiańskiej Astorii i o jedynym sporcie dostępnym wówczas noblistce, jakim było przeskakiwanie ciał leżących na schodach dziennikarzy, o bieganiu do telefonu i jedzeniu wiecznie zimnej zupy.
- Wspaniale to wszystko opisał Michał Radgowski - mówi z uśmiechem Wisława Szymborska o naszym znakomitym felietoniście z "Klubu oldboyów".
Michał Radgowski - dziennikarz. Zza okna ze Stortorget, głównego rynku sztokholmskiego starego miasta, dobiegają ledwo słyszalne dźwięki kolędy "Stille Nacht". W północnej ojczyźnie Andersa Celsjusza robi się nagle ciepło. Topnieje lodowe szkło.
Autor: Elżbieta Sawicka.
------------------------------
Jest to skrócony tekst artykułu, który był wydrukowany w dodatku "Plus Minus" ("Rzeczpospolita", 21-22 grudnia 1996) pod tytułem "Ciepło i zimno".
Podobne
Literatura Janusz Tazbir
Historyk, badacz dziejów kultury staropolskiej oraz reformacji i kontrreformacji w Polsce. Urodził...
Literatura Lidia Ostałowska, "Cygan to Cygan"
Lidia Ostałowska, reporterka "Gazety Wyborczej", odwiedziła chyba wszystkie większe ośrodki Romów w...
Zobacz także
Film "Przewodnik do Polaków"
Pięć filmów dokumentalnych o polskim rocku, modzie, zabawkach, himalaizmie i seksie w czasach PRL-u tworzy "Przewodnik do Polaków"...
Sztuki wizualne Maria Poprzęcka "55 skarbów Polski"
Znakomita znawczyni i popularyzatorka sztuki profesor Maria Poprzęcka wybrała 55 najcenniejszych obiektów artystycznych znajdujących się w polskich zbiorach.







