Literatura
Diariusz wydawany na raty. O "Dziennikach" Marii Dąbrowskiej
Literatura
Najpierw wyszło drukiem pięć tomów. Kilkanaście lat później - siedem. Ostatnio trzynaście. I to jeszcze nie koniec."Z 'Dziennikami' Marii Dąbrowskiej jest trochę tak jak ze sprzętem elektronicznym. Ledwie kupisz sobie komputer, dzięki któremu odkrywasz nieznane (wirtualne) światy, a już na rynku pojawia się następny model roztaczający światy jeszcze bogatsze" - pisał w dodatku "Rzeczpospolita i Książki" Andrzej Massé wiosną 2000 roku. Czytelnik zakończył wówczas edycję drugiego, 7-tomowego wyboru dzienników pisarki. Pierwszy, 5-tomowy wybór ukazał się latem 1988 roku. Dopiero 13-tomowa trzecia edycja, zakończona pod koniec 2009 roku, przyniosła nie wybór, ale całość ogromnego - prowadzonego przez pół wieku i liczącego ponad 5 i pół tysiąca stron maszynopisu - diariusza Dąbrowskiej. Niestety, bez opracowania edytorskiego. Bez przypisów, indeksów i bogatego materiału ilustracyjnego. Oznacza to, że kolejne wydania, włącznie z naukowym, jeszcze przed nami.
Nie mielibyśmy Dzienników w kolejnych postaciach, gdyby nie wytrwała i budząca podziw praca prof. Tadeusza Drewnowskiego, zajmującego się nimi od czterdziestu lat. Badacz borykał się po drodze z różnego rodzaju przeciwnościami. Najdotkliwsze bodaj było zamrożenie wydania dzienników przez władze PRL-owskie w latach siedemdziesiątych, a także boje z cenzurą w latach osiemdziesiątych. Urząd przy ulicy Mysiej żądał początkowo 240 konfiskat, skończyło się na 29. Ostre cięcia dotknęły też obszerne przypisy Drewnowskiego, które częstokroć same w sobie stanowiły pasjonującą lekturę.
Pierwsze, pięciotomowe wydanie dzienników było wielkim wydarzeniem w naszym życiu intelektualnym. Latem 1988 roku dzienniki Marii Dąbrowskiej czytała cała inteligencka Polska. 50-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie w ciągu dwóch miesięcy - dziś rzecz raczej trudna do wyobrażenia.
Pamiętam, jak zaczynał się dzień w redakcji, w której wówczas pracowałam: od relacji, co słychać na Polnej i od komentarzy na temat ostatnich wydarzeń z życia Pani Maryjki. Życia intelektualnego, duchowego i uczuciowego. Czytaliśmy te dzienniki łapczywie, zachłannie i, co tu kryć, w oszołomieniu, z rosnącym zdumieniem. To była Dąbrowska, jakiej nie znaliśmy - nie czcigodny pomnik, nie zacna autorka lektur szkolnych - ale ktoś zupełnie inny, zaskakujący i znacznie ciekawszy.
Skoro tak to odbieraliśmy my, ludzie wówczas stosunkowo młodzi, to jaką rewelacją musiał być nowy wizerunek pisarki dla czytelników ze starszego pokolenia! Byli zmrożeni jej wieloma złośliwymi, ostrymi opiniami i zaskoczeni intensywnością życia intymnego pisarki, jej temperamentem erotycznym. Żałuję, że nie przyszło mi wówczas na myśl, aby porozmawiać na ten temat z prof. Zdzisławem Liberą. Kiedy na początku lat 60. pokazał Dąbrowskiej swoją książkę o niej, była niezadowolona: - Pan mnie zanadto upoczciwia, robi pan ze mnie moralizującą starą ciotkę, niech mnie pan trochę odpoczciwi. - Cóż, demonizować trudno - usłyszała w odpowiedzi.
W wywiadzie dla "Odry" (nr 4/1989), który przeprowadziłam z Tadeuszem Drewnowskim jesienią 1988 roku, poruszyliśmy tę kwestię - szoku, jakiego doznali najwierniejsi czytelnicy autorki Nocy i dni. "Sprawa jest oczywiście delikatna - powiedział wówczas wydawca i komentator Dzienników. - Mowa przecież o ludziach najbliższych Dąbrowskiej, o formacji jej najwierniejszych czytelników, którzy swoimi upodobaniami często mimo woli jej szkodzili. To oni wielbili w niej drugą Orzeszkową, oni ją upoczciwiali. Dla nich była autorytetem nieodwołalnym, świętością bez skazy, pomnikiem z jednej bryły. Ten stereotyp był anachroniczny, a przede wszystkim nieprawdziwy." Trzeba przyznać, że dzienniki rozbiły go w pył.
Pod koniec lat 80. przetoczyła się w prasie potężna fala recenzji, polemik i dyskusji na temat Dzienników. Wiele wypowiedzi świadczyło o całkowitej bezradności krytyki wobec tego niesłychanego zjawiska, jakim jest diariusz pisarki, "diariusz półwiecza". Ale nie brakowało też głosów i opinii głębokich, interesujących, m.in. Ryszarda Matuszewskiego, Henryka Markiewicza, Zdzisława Libery, Marty Wyki, Andrzeja Mencwela, Hanny Kirchner, Michała Radgowskiego, Krzysztofa Pysiaka, Heleny Zaworskiej - żeby wymienić tylko niektóre, pełna lista wypowiedzi prasowych zawiera ponad sto pozycji.
Ciekawe głosy przyszły także ze strony ówczesnych środowisk emigracyjnych. Na pewno nie tchnął życzliwością wobec dzienników artykuł Renaty Gorczyńskiej "Marsz, marsz Dąbrowska" wydrukowany w paryskiej "Kulturze" (nr 3/1989). Natomiast Radio Wolna Europa wyemitowało interesującą i poważną "Dyskusję nad 'Dziennikami' " z udziałem tejże Renaty Gorczyńskiej, Krzysztofa Rutkowskiego, Wojciecha Karpińskiego i Krzysztofa Pomiana. Opublikowały ją później Zeszyty Literackie (nr 2/1989), a przedruk znalazł się w Księdze kaliskiej wydanej z okazji stulecia urodzin Marii Dąbrowskiej (Kaliskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Kalisz 1996).
Krzysztof Pomian stwierdza, iż Dzienniki były dla niego lekturą pasjonującą, m.in. dlatego, że "oglądamy w nich po raz pierwszy autoportret polskiej inteligencji". Nie całej, ale lewicowej czy lewicującej. "Nie było takiej książki w literaturze polskiej. I oto wreszcie napisana została przez kogoś, kto był intelektualistą najwyższej miary, czego, jak sądzę, za życia Dąbrowskiej jakby nie dostrzegano". Pomian wyraźnie docenia intelektualną rangę i klasę pisarki.
To ważny głos. Przypomnijmy, że w kraju pisano wówczas niejednokrotnie o prowincjonalności i pospolitości dzienników, pojawiały się wypowiedzi w rodzaju: "każda wiejska nauczycielka mogłaby napisać podobne". Tadeusza Drewnowskiego zaskoczyły te głosy.
Ataki na Dąbrowską, pojawiające się w prasie po sukcesie 5-tomowej edycji, miały niekiedy zdumiewający charakter.- Oto w mojej niegdyś "Polityce" - mówił wówczas Tadeusz Drewnowski - ukazał się najbardziej czarnosecinny artykuł, jaki w ogóle udało mi się przeczytać na ten temat - "Dwie dusze" Kazimierza Koźniewskiego, który dziennik Dąbrowskiej wykorzystuje, by kontynuować swą zajadłą kampanię antyinteligencką. Na dodatek pisze o Dąbrowskiej jako o anarchistce i kwintesencji zakłamania. Tego już doprawdy zbyt wiele...
W zupełnie inny sposób, i raczej nieoczekiwanie, zaatakował pisarkę publicysta z pokolenia znacznie młodszego - Jan Walc. Na łamach "Tygodnika Kulturalnego" ogłosił szkic "Pisać", a w "Kulturze Niezależnej" "Trudny rachunek", gdzie przedstawił Dąbrowską jako "kolaborantkę z władzą komunistyczną", która "używała swojego autorytetu dla legitymizacji władzy komunistycznej w Polsce". Zarzucał jej "dwójmyślenie" i "pokręcony wallenrodyzm, w którym już sama nie jest w stanie się rozeznać".
Tak pisał Walc w kraju, w piśmie drugiego obiegu. Ciekawe, że przebywający na emigracji w Paryżu Wojciech Karpiński, we wspomnianej dyskusji w Wolnej Europie, widział rzecz zupełnie inaczej: "Ktoś powiedział, że milczenie Dąbrowskiej w późnych latach czterdziestych było tym, które słychać było najwyraźniej".
Jan Walc zmarł przedwcześnie w 1993 roku. Można jedynie spekulować, czy podtrzymałby swoje sądy o Dąbrowskiej kolaborantce, gdyby poznał rozszerzoną i wolną od okaleczeń cenzury wersję dzienników. Być może zmieniłby zdanie i przyznał, że są one jednym z najważniejszych w polskim piśmiennictwie dokumentów epoki stalinowskiej.
Siedmiotomowy wybór, który ukazał się w nowych warunkach, już po transformacji ustrojowej, ma szanse przejść do historii pod nazwą "rozpołowionego i odwrotnego". Czytelnik postanowił bowiem - ze względów rynkowych - najpierw opublikować cztery tomy zapisów powojennych, a dopiero później trzy tomy wcześniejsze, obejmujące lata 1914-1945.
Jak się łatwo domyślić, taka decyzja wydawnictwa musiała przysporzyć prof. Drewnowskiemu niemało kłopotów i dodatkowej pracy - zakłócenie chronologii wymagało gruntownego przemontowania i przeredagowania przypisów. Ale też, za sprawą zmian politycznych, jednego problemu się pozbył: ingerencji urzędu cenzorskiego. Recenzenci rozszerzonego wydania Dzienników powojennych natychmiast dostrzegli różnicę. Opinie były dosyć zgodne: tak wszechstronnego obrazu czasów stalinizmu a potem Odwilży nie znajdujemy nigdzie indziej.
W okresie stalinowskim Dąbrowska obserwuje nie tylko nastroje własnego inteligenckiego środowiska, zapisuje także pełne rozpaczy albo sarkastyczne uwagi prostych ludzi o "dobrodziejstwach" nowej władzy, zasłyszane w sklepie, w kolejce na poczcie, w taksówce. Notuje dowcipy polityczne - tak jak czyniła to w latach okupacji. Trzy charakterystyczne przykłady. Pierwszy z 27 X 1950: "W Polsce mają zostać zlikwidowane wszystkie wytwórnie łóżek i tapczanów do spania, jako zbędnych już mebli. Bo reakcja nie śpi, partyjni i UB czuwają, a reszta siedzi". Drugi z 31 XII 1950. Na plakacie, gdzie Truman trzyma nad globem ziemskim bombę atomową, jakiś górnik napisał: "Truman, rzuć ta bania, bo tu nie do wytrzymania". Trzeci z 17 VII 1953: "Zaczęła się złota seria. Pierwszy siedzi Beria".
Niczym rasowy reporter odnotowuje Dąbrowska zmiany w wyglądzie ulic - w świąteczne dni z czerwonym flagami, z monstrualnymi portretami wodzów rewolucji. Daje opis kongresu zjednoczeniowego w gmachu Politechniki, gdzie przy wejściu stała "młodzież płci obojga w zgniłozielonych bluzkach i koszulach z przeraźliwie czerwonymi krawatami". Relacjonuje przemówienie Bieruta przerywane co chwila w pół słowa okrzykami na cześć Stalina, a i samego Bieruta też.W innym miejscu zamieści opis przyjęcia w Prezydium Rady Ministrów, wydanego w lipcu 1955 z okazji przyznania nagród państwowych: "Spocony lud rozpękł się na dwie połowy, a wąską ścieżką przedefilowali rząd i partia - sami cywilni, Kostii nie zauważyłam. Panujący w takich wypadkach uśmiechają się do poddanych, jakoś w ogóle zaznaczają powitanie gości. Ci szli jak skazańcy z oczyma utkwionymi w ziemię albo martwo przed siebie".
Jan Walc miał za złe Marii Dąbrowskiej, że kilka razy zjawiła się na salonach władzy. Pisał z ironią i goryczą: "chciałoby się zawołać 'nie idź tam, zajączku!', jak wołają dzieci na kukiełkowym przedstawieniu, ale niestety nic na to poradzić nie możemy, i zajączek ciągle ładuje się gdzie nie potrzeba, na przykład na urodziny Bieruta, a potem jest bardzo smutny".
Otóż z naszego, czytelniczego punktu widzenia lepiej się stało, że zajączek, bez przyjemności, ale jednak tam poszedł. Nikt nie pozostawił w latach 50. tak morderczych, pełnych ironii opisów nowej władzy i jej dworu jak Maria Dąbrowska.
Pisarka często zapisuje w dzienniku sny, są to przeważnie męczące koszmary. Ale miewa też bezsenne noce. W listopadzie 1949 roku notuje: "W nocy nie śpię do czwartej - histeryzuję na temat Polski. Niemcy walili obuchem w łeb, lecz o ile obuch nie trafił, człowiek żył, choć pod ziemią, wolny i piękny. Rosja działa jak żrący kwas przetrawiający duszę narodu i zmieniający jej organiczny skład w amalgamat nie do poznania i w dodatku cuchnący".
I tak do końca, aż do śmierci. W lutym 1965: "I wszystko by się zniosło, żeby tu nie było panowania Rosji. Nie jestem w stanie żyć ani pisać pod panowaniem Rosji. Jaka męka była pisać w niewoli za młodu. Wyszło się z tego - znów się pod to weszło, pod to moskiewskie jarzmo".
Ma rację Helena Zaworska, kiedy pisze, że w dziennikach bez politycznej cenzury "widzi się Dąbrowską zorientowaną, pozbawioną złudzeń, przenikliwą w diagnozach ówczesnej sowietyzacji Polski. Ale tym samym jest to Dąbrowska politycznie 'odpoczciwiona', bo przy tej świadomości jej kompromisy są co najmniej dwuznaczne" ("Gazeta Wyborcza", 19 I 2000).
Po drugiej serii Dzienników nie było już słychać głosów o kolaboracji, ale pytania o granice kompromisu - szczególnie w czasie gdy Dąbrowska jest rozbita i osamotniona po śmierci Stanisława Stempowskiego i idzie jednak na pewne ustępstwa wobec władzy ludowej - tak.
Wróciły też pytania, niepokojące czytelników już przy lekturze pierwszego wyboru dzienników. O stosunek pisarki do Żydów. Szermowanie argumentem antysemityzmu byłoby oczywiście nie na miejscu. Nie można zapominać, że to Maria Dąbrowska napisała w 1936 roku głośny artykuł "Doroczny wstyd", w którym potępiła ekscesy antysemickie na uczelniach (Koło Polonistów z Krakowa przysłało wówczas pisarce list, iż rezygnują z zaproszenia jej na Uniwersytet Jagielloński z odczytem). W czasie wojny pomagała w przechowywaniu Żydów, wybuchała straszliwym gniewem, kiedy na horyzoncie pojawiał się szmalcownik.
A jednak w jakiś sposób zdumiewa i razi w dzienniku nieustanne tropienie Żydów, wskazywanie pochodzenia, dociekanie poprzedniego nazwiska. W drugiej edycji przybyło tego typu zapisów.
Za osobę pozbawioną busoli moralnej i ulegającą "urokom dworu" uznał autorkę dzienników Wiesław Paweł Szymański w krakowskiej "Arce" (nr 42/1992). Nie podobało mu się przede wszystkim życie erotyczne Dąbrowskiej. Było ono, jego zdaniem, nieuporządkowane: miała jednego męża i trzech kochanków. A właściwie, uściślał skrupulatnie, mając na myśli Stanisława Stempowskiego, z którym Dąbrowska przeżyła w związku nieformalnym ćwierć wieku - dwu, ten trzeci "był kochankiem w funkcji męża". "Konsekwencją tego 'nieuporządkowania' - pisał Szymański - był brak poglądu na świat (światopoglądu) autorki 'Nocy i dni', a konsekwencją znacznie, znacznie dalszą zaakceptowanie systemu totalitarnego w Polsce po 1945 i kolaboracja z nim. Kolaboracja tym niebezpieczniejsza i tym bardziej niemoralna, że sprytna, w jakimś sensie zamaskowana, dalece utajniona".
O jednym publicysta "Arki" milczał: o intymnych związkach Dąbrowskiej z kobietami. Zapisy w Dzienniku świadczące o fascynacji piękną Stanisławą Blumenfeldową (aresztowaną i zamordowaną prawdopodobnie w grudniu 1942 roku) oraz późniejsza historia wieloletniego związku pisarki z Anną Kowalską (obdarzoną błyskotliwą inteligencją, nietuzinkową osobowością) z pewnością szokowały dawnych czytelników Dąbrowskiej. Trudno im się było z tym nagłym "odpoczciwieniem" pogodzić.
Interesująco pisała na temat seksualności Dąbrowskiej Grażyna Borkowska:
Ponad dwadzieścia lat temu zadałam prof. Drewnowskiemu pytanie, czy w przyszłości Dzienniki mogą przesłonić dzieło pisarskie Dąbrowskiej. Czy spełni się proroctwo Anny Kowalskiej twierdzącej, że dziennik stanie się "głównym dziełem autorki, która oprócz tego napisała jakieś 'Noce i dnie' ". Literaturoznawca niechętnie wdawał się wówczas w tego rodzaju spekulacje. Sądzę jednak, że to się już dokonało. Od kilkunastu lat Maria Dąbrowska, autorka Nocy i dni, stała się dla nas przede wszystkim autorką Dzienników. To o nie się spieramy. To o nich dyskutujemy. To one w zasadniczy sposób zmieniły i unowocześniły wizerunek pisarki.
Autor: Elżbieta Sawicka, grudzień 2009
Maria Dąbrowska, Warszawa, 1954, fot. Muzeum Literatury/East News
Nie mielibyśmy Dzienników w kolejnych postaciach, gdyby nie wytrwała i budząca podziw praca prof. Tadeusza Drewnowskiego, zajmującego się nimi od czterdziestu lat. Badacz borykał się po drodze z różnego rodzaju przeciwnościami. Najdotkliwsze bodaj było zamrożenie wydania dzienników przez władze PRL-owskie w latach siedemdziesiątych, a także boje z cenzurą w latach osiemdziesiątych. Urząd przy ulicy Mysiej żądał początkowo 240 konfiskat, skończyło się na 29. Ostre cięcia dotknęły też obszerne przypisy Drewnowskiego, które częstokroć same w sobie stanowiły pasjonującą lekturę.
Seans zbiorowego czytania
Pierwsze, pięciotomowe wydanie dzienników było wielkim wydarzeniem w naszym życiu intelektualnym. Latem 1988 roku dzienniki Marii Dąbrowskiej czytała cała inteligencka Polska. 50-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie w ciągu dwóch miesięcy - dziś rzecz raczej trudna do wyobrażenia.
Pamiętam, jak zaczynał się dzień w redakcji, w której wówczas pracowałam: od relacji, co słychać na Polnej i od komentarzy na temat ostatnich wydarzeń z życia Pani Maryjki. Życia intelektualnego, duchowego i uczuciowego. Czytaliśmy te dzienniki łapczywie, zachłannie i, co tu kryć, w oszołomieniu, z rosnącym zdumieniem. To była Dąbrowska, jakiej nie znaliśmy - nie czcigodny pomnik, nie zacna autorka lektur szkolnych - ale ktoś zupełnie inny, zaskakujący i znacznie ciekawszy.
Skoro tak to odbieraliśmy my, ludzie wówczas stosunkowo młodzi, to jaką rewelacją musiał być nowy wizerunek pisarki dla czytelników ze starszego pokolenia! Byli zmrożeni jej wieloma złośliwymi, ostrymi opiniami i zaskoczeni intensywnością życia intymnego pisarki, jej temperamentem erotycznym. Żałuję, że nie przyszło mi wówczas na myśl, aby porozmawiać na ten temat z prof. Zdzisławem Liberą. Kiedy na początku lat 60. pokazał Dąbrowskiej swoją książkę o niej, była niezadowolona: - Pan mnie zanadto upoczciwia, robi pan ze mnie moralizującą starą ciotkę, niech mnie pan trochę odpoczciwi. - Cóż, demonizować trudno - usłyszała w odpowiedzi.
W wywiadzie dla "Odry" (nr 4/1989), który przeprowadziłam z Tadeuszem Drewnowskim jesienią 1988 roku, poruszyliśmy tę kwestię - szoku, jakiego doznali najwierniejsi czytelnicy autorki Nocy i dni. "Sprawa jest oczywiście delikatna - powiedział wówczas wydawca i komentator Dzienników. - Mowa przecież o ludziach najbliższych Dąbrowskiej, o formacji jej najwierniejszych czytelników, którzy swoimi upodobaniami często mimo woli jej szkodzili. To oni wielbili w niej drugą Orzeszkową, oni ją upoczciwiali. Dla nich była autorytetem nieodwołalnym, świętością bez skazy, pomnikiem z jednej bryły. Ten stereotyp był anachroniczny, a przede wszystkim nieprawdziwy." Trzeba przyznać, że dzienniki rozbiły go w pył.
Autoportret inteligencji lewicowej
Pod koniec lat 80. przetoczyła się w prasie potężna fala recenzji, polemik i dyskusji na temat Dzienników. Wiele wypowiedzi świadczyło o całkowitej bezradności krytyki wobec tego niesłychanego zjawiska, jakim jest diariusz pisarki, "diariusz półwiecza". Ale nie brakowało też głosów i opinii głębokich, interesujących, m.in. Ryszarda Matuszewskiego, Henryka Markiewicza, Zdzisława Libery, Marty Wyki, Andrzeja Mencwela, Hanny Kirchner, Michała Radgowskiego, Krzysztofa Pysiaka, Heleny Zaworskiej - żeby wymienić tylko niektóre, pełna lista wypowiedzi prasowych zawiera ponad sto pozycji.
Ciekawe głosy przyszły także ze strony ówczesnych środowisk emigracyjnych. Na pewno nie tchnął życzliwością wobec dzienników artykuł Renaty Gorczyńskiej "Marsz, marsz Dąbrowska" wydrukowany w paryskiej "Kulturze" (nr 3/1989). Natomiast Radio Wolna Europa wyemitowało interesującą i poważną "Dyskusję nad 'Dziennikami' " z udziałem tejże Renaty Gorczyńskiej, Krzysztofa Rutkowskiego, Wojciecha Karpińskiego i Krzysztofa Pomiana. Opublikowały ją później Zeszyty Literackie (nr 2/1989), a przedruk znalazł się w Księdze kaliskiej wydanej z okazji stulecia urodzin Marii Dąbrowskiej (Kaliskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Kalisz 1996).
Krzysztof Pomian stwierdza, iż Dzienniki były dla niego lekturą pasjonującą, m.in. dlatego, że "oglądamy w nich po raz pierwszy autoportret polskiej inteligencji". Nie całej, ale lewicowej czy lewicującej. "Nie było takiej książki w literaturze polskiej. I oto wreszcie napisana została przez kogoś, kto był intelektualistą najwyższej miary, czego, jak sądzę, za życia Dąbrowskiej jakby nie dostrzegano". Pomian wyraźnie docenia intelektualną rangę i klasę pisarki.
To ważny głos. Przypomnijmy, że w kraju pisano wówczas niejednokrotnie o prowincjonalności i pospolitości dzienników, pojawiały się wypowiedzi w rodzaju: "każda wiejska nauczycielka mogłaby napisać podobne". Tadeusza Drewnowskiego zaskoczyły te głosy.
"Pospolitość... Przed wojną Ludwik Fryde nazwał Dąbrowską pisarką demokratyczną. To nie populizm, podbijanie bębenka masom. Ale budzenie ich indywidualnych i zbiorowych ambicji. Droga samej Dąbrowskiej może być w jakimś stopniu ich modelem. Jaka tu się toczy praca wewnętrzna, żeby być sobą i żeby być kimś. Jak tu walczy się o awans intelektualny - przecież panna z zabitej prowincji wchodzi w szeroki świat, rozwija swoje talenty. Jaka walka o wolność uczuć... Kultywowanie uczuć. Pod tym względem jest to osoba wyzwolona. Może dla dzisiejszych dziewczyn to pestka, ale na polskim gruncie nie było to znowu ani takie częste, ani pospolite." ("Przygoda z 'Dziennikami'. Z Tadeuszem Drewnowskim rozmawia Elżbieta Sawicka". "Odra", nr 4/1989)
Kolaborantka z władzą komunistyczną?
Ataki na Dąbrowską, pojawiające się w prasie po sukcesie 5-tomowej edycji, miały niekiedy zdumiewający charakter.- Oto w mojej niegdyś "Polityce" - mówił wówczas Tadeusz Drewnowski - ukazał się najbardziej czarnosecinny artykuł, jaki w ogóle udało mi się przeczytać na ten temat - "Dwie dusze" Kazimierza Koźniewskiego, który dziennik Dąbrowskiej wykorzystuje, by kontynuować swą zajadłą kampanię antyinteligencką. Na dodatek pisze o Dąbrowskiej jako o anarchistce i kwintesencji zakłamania. Tego już doprawdy zbyt wiele...
W zupełnie inny sposób, i raczej nieoczekiwanie, zaatakował pisarkę publicysta z pokolenia znacznie młodszego - Jan Walc. Na łamach "Tygodnika Kulturalnego" ogłosił szkic "Pisać", a w "Kulturze Niezależnej" "Trudny rachunek", gdzie przedstawił Dąbrowską jako "kolaborantkę z władzą komunistyczną", która "używała swojego autorytetu dla legitymizacji władzy komunistycznej w Polsce". Zarzucał jej "dwójmyślenie" i "pokręcony wallenrodyzm, w którym już sama nie jest w stanie się rozeznać".
Tak pisał Walc w kraju, w piśmie drugiego obiegu. Ciekawe, że przebywający na emigracji w Paryżu Wojciech Karpiński, we wspomnianej dyskusji w Wolnej Europie, widział rzecz zupełnie inaczej: "Ktoś powiedział, że milczenie Dąbrowskiej w późnych latach czterdziestych było tym, które słychać było najwyraźniej".
Jan Walc zmarł przedwcześnie w 1993 roku. Można jedynie spekulować, czy podtrzymałby swoje sądy o Dąbrowskiej kolaborantce, gdyby poznał rozszerzoną i wolną od okaleczeń cenzury wersję dzienników. Być może zmieniłby zdanie i przyznał, że są one jednym z najważniejszych w polskim piśmiennictwie dokumentów epoki stalinowskiej.
Nie idź tam, zajączku!
Siedmiotomowy wybór, który ukazał się w nowych warunkach, już po transformacji ustrojowej, ma szanse przejść do historii pod nazwą "rozpołowionego i odwrotnego". Czytelnik postanowił bowiem - ze względów rynkowych - najpierw opublikować cztery tomy zapisów powojennych, a dopiero później trzy tomy wcześniejsze, obejmujące lata 1914-1945.
Jak się łatwo domyślić, taka decyzja wydawnictwa musiała przysporzyć prof. Drewnowskiemu niemało kłopotów i dodatkowej pracy - zakłócenie chronologii wymagało gruntownego przemontowania i przeredagowania przypisów. Ale też, za sprawą zmian politycznych, jednego problemu się pozbył: ingerencji urzędu cenzorskiego. Recenzenci rozszerzonego wydania Dzienników powojennych natychmiast dostrzegli różnicę. Opinie były dosyć zgodne: tak wszechstronnego obrazu czasów stalinizmu a potem Odwilży nie znajdujemy nigdzie indziej.
W okresie stalinowskim Dąbrowska obserwuje nie tylko nastroje własnego inteligenckiego środowiska, zapisuje także pełne rozpaczy albo sarkastyczne uwagi prostych ludzi o "dobrodziejstwach" nowej władzy, zasłyszane w sklepie, w kolejce na poczcie, w taksówce. Notuje dowcipy polityczne - tak jak czyniła to w latach okupacji. Trzy charakterystyczne przykłady. Pierwszy z 27 X 1950: "W Polsce mają zostać zlikwidowane wszystkie wytwórnie łóżek i tapczanów do spania, jako zbędnych już mebli. Bo reakcja nie śpi, partyjni i UB czuwają, a reszta siedzi". Drugi z 31 XII 1950. Na plakacie, gdzie Truman trzyma nad globem ziemskim bombę atomową, jakiś górnik napisał: "Truman, rzuć ta bania, bo tu nie do wytrzymania". Trzeci z 17 VII 1953: "Zaczęła się złota seria. Pierwszy siedzi Beria".
Niczym rasowy reporter odnotowuje Dąbrowska zmiany w wyglądzie ulic - w świąteczne dni z czerwonym flagami, z monstrualnymi portretami wodzów rewolucji. Daje opis kongresu zjednoczeniowego w gmachu Politechniki, gdzie przy wejściu stała "młodzież płci obojga w zgniłozielonych bluzkach i koszulach z przeraźliwie czerwonymi krawatami". Relacjonuje przemówienie Bieruta przerywane co chwila w pół słowa okrzykami na cześć Stalina, a i samego Bieruta też.W innym miejscu zamieści opis przyjęcia w Prezydium Rady Ministrów, wydanego w lipcu 1955 z okazji przyznania nagród państwowych: "Spocony lud rozpękł się na dwie połowy, a wąską ścieżką przedefilowali rząd i partia - sami cywilni, Kostii nie zauważyłam. Panujący w takich wypadkach uśmiechają się do poddanych, jakoś w ogóle zaznaczają powitanie gości. Ci szli jak skazańcy z oczyma utkwionymi w ziemię albo martwo przed siebie".
Jan Walc miał za złe Marii Dąbrowskiej, że kilka razy zjawiła się na salonach władzy. Pisał z ironią i goryczą: "chciałoby się zawołać 'nie idź tam, zajączku!', jak wołają dzieci na kukiełkowym przedstawieniu, ale niestety nic na to poradzić nie możemy, i zajączek ciągle ładuje się gdzie nie potrzeba, na przykład na urodziny Bieruta, a potem jest bardzo smutny".
Otóż z naszego, czytelniczego punktu widzenia lepiej się stało, że zajączek, bez przyjemności, ale jednak tam poszedł. Nikt nie pozostawił w latach 50. tak morderczych, pełnych ironii opisów nowej władzy i jej dworu jak Maria Dąbrowska.
Liczenie Żydów
Pisarka często zapisuje w dzienniku sny, są to przeważnie męczące koszmary. Ale miewa też bezsenne noce. W listopadzie 1949 roku notuje: "W nocy nie śpię do czwartej - histeryzuję na temat Polski. Niemcy walili obuchem w łeb, lecz o ile obuch nie trafił, człowiek żył, choć pod ziemią, wolny i piękny. Rosja działa jak żrący kwas przetrawiający duszę narodu i zmieniający jej organiczny skład w amalgamat nie do poznania i w dodatku cuchnący".
I tak do końca, aż do śmierci. W lutym 1965: "I wszystko by się zniosło, żeby tu nie było panowania Rosji. Nie jestem w stanie żyć ani pisać pod panowaniem Rosji. Jaka męka była pisać w niewoli za młodu. Wyszło się z tego - znów się pod to weszło, pod to moskiewskie jarzmo".
Ma rację Helena Zaworska, kiedy pisze, że w dziennikach bez politycznej cenzury "widzi się Dąbrowską zorientowaną, pozbawioną złudzeń, przenikliwą w diagnozach ówczesnej sowietyzacji Polski. Ale tym samym jest to Dąbrowska politycznie 'odpoczciwiona', bo przy tej świadomości jej kompromisy są co najmniej dwuznaczne" ("Gazeta Wyborcza", 19 I 2000).
Po drugiej serii Dzienników nie było już słychać głosów o kolaboracji, ale pytania o granice kompromisu - szczególnie w czasie gdy Dąbrowska jest rozbita i osamotniona po śmierci Stanisława Stempowskiego i idzie jednak na pewne ustępstwa wobec władzy ludowej - tak.
Wróciły też pytania, niepokojące czytelników już przy lekturze pierwszego wyboru dzienników. O stosunek pisarki do Żydów. Szermowanie argumentem antysemityzmu byłoby oczywiście nie na miejscu. Nie można zapominać, że to Maria Dąbrowska napisała w 1936 roku głośny artykuł "Doroczny wstyd", w którym potępiła ekscesy antysemickie na uczelniach (Koło Polonistów z Krakowa przysłało wówczas pisarce list, iż rezygnują z zaproszenia jej na Uniwersytet Jagielloński z odczytem). W czasie wojny pomagała w przechowywaniu Żydów, wybuchała straszliwym gniewem, kiedy na horyzoncie pojawiał się szmalcownik.
A jednak w jakiś sposób zdumiewa i razi w dzienniku nieustanne tropienie Żydów, wskazywanie pochodzenia, dociekanie poprzedniego nazwiska. W drugiej edycji przybyło tego typu zapisów.
"Podłożem obyczajów dziennikowych - wyjaśniał owo 'liczenie Żydów' Tadeusz Drewnowski - jest, jak mi się wydaje, jej postawa polonocentryczna, wsparta o wyjątkowo żywą świadomość historyczną. Z jednej strony dbałość o mniejszości narodowe i ich ludzki status w II Rzeczypospolitej, a z innej - poczucie, że to naród polski jest tutaj gospodarzem i on ma odpowiadać za wszystko, co się w kraju dzieje. Sprawa jest więc dość złożona i nie należy strzelać z grubych dział. Nie ma powodu." ("Przygoda z 'Dziennikami'. Z Tadeuszem Drewnowskim rozmawia Elżbieta Sawicka". "Odra", nr 4/1989)Usprawiedliwiał też Dąbrowską, oskarżaną o złośliwość i ostry język. Istotnie, nie miała szczególnych oporów przed formułowaniem niepochlebnych sądów o bliźnich. Chętnie maczała pióro w żółci, szczególnie gdy chodziło o kolegów pisarzy. I można by na dowód przytoczyć wiele cytatów. Ale z tym ostrożnie! - ostrzegał Drewnowski. Trzeba pamiętać o szczególnej optyce dzienników - to są zapisy "momentalne", wieczorne zapisy wrażeń z przeżytego dnia, stąd wiele tu opinii sprzecznych. Dotyczy to uwag na temat i Nałkowskiej, i Iwaszkiewicza, i Kazimiery Iłłakowiczówny - czasem jad, ale czasem ciepło i serdeczność".
Być z KIMŚ
Za osobę pozbawioną busoli moralnej i ulegającą "urokom dworu" uznał autorkę dzienników Wiesław Paweł Szymański w krakowskiej "Arce" (nr 42/1992). Nie podobało mu się przede wszystkim życie erotyczne Dąbrowskiej. Było ono, jego zdaniem, nieuporządkowane: miała jednego męża i trzech kochanków. A właściwie, uściślał skrupulatnie, mając na myśli Stanisława Stempowskiego, z którym Dąbrowska przeżyła w związku nieformalnym ćwierć wieku - dwu, ten trzeci "był kochankiem w funkcji męża". "Konsekwencją tego 'nieuporządkowania' - pisał Szymański - był brak poglądu na świat (światopoglądu) autorki 'Nocy i dni', a konsekwencją znacznie, znacznie dalszą zaakceptowanie systemu totalitarnego w Polsce po 1945 i kolaboracja z nim. Kolaboracja tym niebezpieczniejsza i tym bardziej niemoralna, że sprytna, w jakimś sensie zamaskowana, dalece utajniona".
O jednym publicysta "Arki" milczał: o intymnych związkach Dąbrowskiej z kobietami. Zapisy w Dzienniku świadczące o fascynacji piękną Stanisławą Blumenfeldową (aresztowaną i zamordowaną prawdopodobnie w grudniu 1942 roku) oraz późniejsza historia wieloletniego związku pisarki z Anną Kowalską (obdarzoną błyskotliwą inteligencją, nietuzinkową osobowością) z pewnością szokowały dawnych czytelników Dąbrowskiej. Trudno im się było z tym nagłym "odpoczciwieniem" pogodzić.
Interesująco pisała na temat seksualności Dąbrowskiej Grażyna Borkowska:
"Obrosły złą legendą homoseksualizm Dąbrowskiej prezentuje się zupełnie zwyczajnie i niedemonicznie, jeśli patrzeć nań od strony emocjonalnych potrzeb, napiętej seksualności, bogatego życia wewnętrznego, niezaspokojonego w swym parciu do szczęścia. Seksualna wrażliwość Dąbrowskiej była jak magnes; wytwarzała pole przyciągania, w którym poruszali się osobnicy różnej płci, różnego wieku i usposobienia. Wydaje się, że tak właśnie realizuje się instynkt seksualny w świecie wszystkich istot wyższych, gdzie niekoniecznie chodzi o prokreację. Na ogół jednak sfera seksualna podlega ostrym ograniczeniom, wyraźnie sformułowanym zakazom. Wyjątkowość Dąbrowskiej polegała na tym, że nie przestrzegała tabu. Pisarka potrafiła wyobrazić sobie życie zarówno w świecie mężczyzn, jak w świecie kobiet, pod warunkiem, że zostawi się jej wybór." (Grażyna Borkowska "Maria Dąbrowska i Stanisław Stempowski". Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999)Mówił też na ten na temat Tadeusz Drewnowski, porównując Dąbrowską z Zofią Nałkowską:- Dąbrowska lubiła obcować z KIMŚ. Lubiła PARTNERÓW. Spodziewała się czegoś od ludzi. Nie wyosobniała sfery przeżyć intymnych, podczas gdy u Nałkowskiej było to niemal regułą. To są pod pewnym względami - charakterologicznymi i psychoerotycznymi - wyraźne przeciwieństwa.
Ponad dwadzieścia lat temu zadałam prof. Drewnowskiemu pytanie, czy w przyszłości Dzienniki mogą przesłonić dzieło pisarskie Dąbrowskiej. Czy spełni się proroctwo Anny Kowalskiej twierdzącej, że dziennik stanie się "głównym dziełem autorki, która oprócz tego napisała jakieś 'Noce i dnie' ". Literaturoznawca niechętnie wdawał się wówczas w tego rodzaju spekulacje. Sądzę jednak, że to się już dokonało. Od kilkunastu lat Maria Dąbrowska, autorka Nocy i dni, stała się dla nas przede wszystkim autorką Dzienników. To o nie się spieramy. To o nich dyskutujemy. To one w zasadniczy sposób zmieniły i unowocześniły wizerunek pisarki.
Autor: Elżbieta Sawicka, grudzień 2009
Podobne
Literatura Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Poeta, urodzony 12 listopada 1962 roku w Wólce Krowickiej koło Lubaczowa...
Literatura Janusz Tazbir
Historyk, badacz dziejów kultury staropolskiej oraz reformacji i kontrreformacji w Polsce. Urodził...
Zobacz także
Sztuki wizualne Maria Poprzęcka "55 skarbów Polski"
Znakomita znawczyni i popularyzatorka sztuki profesor Maria Poprzęcka wybrała 55 najcenniejszych obiektów artystycznych znajdujących się w polskich zbiorach.
Sztuki wizualne Mirosław Bałka "Carrousel"
Gdy widz stanie pośrodku sali, w której wyświetlany jest film "Carrousel" ("Karuzela"), może mu się zakręcić w głowie. Wokół niego na ścianach wirują cztery projekcje.







