Sylwetka literacka Tadeusza Konwickiego
"Ja jestem ostatni, co pamięta początek XIX wieku" - utrzymuje Tadeusz Konwicki i chyba można wierzyć pisarzowi, że Wileńszczyzna, gdzie się wychowywał, niewiele zmieniła się od czasów Mickiewicza, zarówno pod względem cywilizacyjnym, jak i kulturowym. To właśnie taka Wileńszczyzna ukształtowała Konwickiego i to właśnie do niej, jako do ożywczych źródeł, będzie powracał w dojrzałym okresie swojej twórczości.
- Gorzko-ironiczne początki
Urodzony 22 czerwca 1926 roku w Nowej Wilejce, osierocony w wieku trzech lat przez ojca, Konwicki oddawany jest z powodu problemów zdrowotnych matki pod opiekę szeroko rozgałęzionej rodziny. Od 1932 roku mieszka już na stałe u ciotecznych dziadków Blinstrubów w Kolonii Wileńskiej i tu dorasta, w domu bardzo religijnym, tradycyjnym, w atmosferze kultu powstania styczniowego.
Tuż przed wojną zostaje przyjęty do Gimnazjum im. króla Zygmunta Augusta w Wilnie, gdzie uczy się przez rok. Po wybuchu wojny kontynuuje naukę na tajnych kompletach (maturę zdaje latem 1944). Ucieka z przymusowych robót przy wyrębie lasu, jest robotnikiem w niemieckim szpitalu wojskowym dla "dobrowolców". Gdy w lipcu wybucha powstanie wileńskie, przyłącza się do Ósmej Brygady AK, zwanej Oszmiańską. Po okresie ukrywania się na podwileńskim folwarku wraca jesienią do partyzantki - już antybolszewickiej; jego oddział chodzi po lasach aż do końca kwietnia.
W maju 1945 roku Konwicki wraz z kilkoma kolegami przedostaje się na fałszywych dokumentach przez pojałtańską granicę Polski, by nawiązać kontakty z działającą tu nadal partyzantką. Kontynuacja walki okazuje się niemożliwa. Konwicki podejmuje się więc pracy przy mieniu poniemieckim w Gliwicach, zaś gdy po kilku miesiącach wraca do Krakowa, zaczyna studiować filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Otrzymuje pracę korektora w tygodniku "Odrodzenie", wkrótce też debiutuje - na łamach "Dziennika Polskiego" - jako reportażysta i rysownik ("Szkice z Wybrzeża"). W "Odrodzeniu" stopniowo awansuje, pisze recenzje nowości wydawniczych i filmowych, rysuje, jest redaktorem technicznym, więc gdy siedziba pisma przenosi się do zrujnowanej stolicy, przeprowadza się do Warszawy także Konwicki. Latem 1947 debiutuje jako poeta, a potem, zachęcony przez Tadeusza Borowskiego i Romana Bratnego, pisze debiutanckie opowiadanie ("Kapral Koziołek i ja").
Jego debiutancka powieść, "Rojsty", bliska w gorzko-ironicznej tonacji pierwszym opowiadaniom partyzanckim, ze względów cenzorskich nie zostaje wydana w 1948 roku (ukaże się dopiero w 1956, z wieloma ingerencjami redakcyjno-cenzorskimi). Mimo iż pokazuje partyzantkę antyradziecką na Wileńszczyźnie w sposób demitologizujący, mimo iż stanowi rozrachunek z imperialną ideologią patriotyczną i naświetla jej splątanie z tradycją romantyczną - zostaje zatrzymana, ponieważ przypomina sam fakt oporu na Wileńszczyźnie.
Podobny los spotyka także drugą powieść - "Nowe dni". Jak wszystkie utwory Konwickiego, zawiera ona wiele tropów autobiograficznych, a pokazuje dojrzewanie głównego bohatera, jeszcze niedawno walczącego z Armią Czerwoną, do przyjęcia idei socjalizmu.
- Czas "pryszczatych"
Książkowym debiutem Konwickiego staje się w takiej sytuacji socrealistyczne opowiadanie "Przy budowie", napisane po doświadczeniach wyniesionych z pracy przy powstającym kompleksie Nowej Huty (od października 1949 do marca 1950).
Przez najbliższe lata Konwicki jest pisarzem i publicystą zaangażowanym, należy do tzw. grupy "pryszczatych". Publikuje ideologizujące reportaże i felietony m.in. w "Nowej Kulturze" i "Sztandarze Młodych". W 1953 roku zostaje przyjęty do PZPR i w tym czasie pracuje już nad korektami "Władzy", politycznej, obszernej, wielowątkowej powieści o trudnościach z wdrażaniem nowego ustroju na prowincji, o młodych ludziach z różnych opcji politycznych, dokonujących skomplikowanych wyborów światopoglądowych. Powieść naświetla tzw. odchylenie prawicowe, sugestywnie przekonuje do programu komunistów i zachęca do ufności dla haseł budowniczych nowego systemu. Opublikowana zostaje jednak dopiero na początku 1954 roku, czyli już w czasie, kiedy w Konwickim, jakkolwiek ciągle wiernym ideom socjalistycznym, zaczyna się budzić sceptycyzm wobec dogmatycznych obostrzeń i proreżymowej propagandy.
Wyrazem tego sceptycyzmu są w jego prozie dwie książki: "Godzina smutku", podejmująca jako wątek główny (co było wówczas nie do pomyślenia) problem miłości i zdrady małżeńskiej, oraz "Z oblężonego miasta", o ucieczce za granicę inteligenta niemogącego znieść bezustannej ingerencji ideologii w jego prywatne życie. W obydwu wyraźnie broni Konwicki prawa obywateli do samostanowienia, prawa do intymności, do tego wreszcie, by mieć wątpliwości ideowe.
Pierwsza książka opublikowana zostaje już w drugiej połowie 1954 roku, mimo iż w styczniu poddana była druzgoczącej krytyce podczas dyskusji Podstawowej Organizacji Partyjnej ZLP (opisanej przez Leopolda Tyrmanda w "Dzienniku 1954"). Druga natomiast ukaże się dopiero na fali odwilży 1956 roku, w zupełnie innych warunkach odbioru.
- Gorycz frajera
Październik 1956 otwiera nowy rozdział w twórczości Konwickiego. Po latach (m.in. w "Kalendarzu i klepsydrze" oraz w wywiadzie-rzece Stanisława Beresia "Pół wieku czyśćca") pisarz wyzna, że bardzo dotkliwie przeżył ten okres głównie z powodu wolt światopoglądowych swoich dotychczasowych mentorów.
"Ci, którzy mnie w jakiś sposób urabiali ideologicznie, którzy mnie pouczali, którzy stosowali wobec mnie jakąś pedagogikę [...] - ci wszyscy ludzie nagle pewnego dnia powiedzieli mi: to ty, frajerze, w to wierzyłeś? To ty byłeś naiwny do tego stopnia?" ("Cień obcych wojsk", wypowiedź przedrukowana w tomie Wiatr i pył)
Swoją sytuację i samopoczucie odsłania Konwicki pisząc "Dziurę w niebie" (1959), niby uroczą książkę dla młodzieży o grupce dzieci z przedwojennej Wileńszczyzny, ale tak naprawdę rzecz o zawiedzionej wierze w ideały. Polkowi Krywce, głównemu bohaterowi powieści, zawali się cały świat, gdy koledzy wyśmieją go za naiwną wiarę w jakichś tajemniczych ludzi, na których wciąż wszyscy czekali. Odczuje też to, o czym czytał w znalezionym wcześniej pamiętniku zagadkowego mężczyzny, przybysza, który powiesił się w poczuciu utraty sensu życia.
Ów "pamiętnik wisielca" czynił niespodziewanie wyrwę w potoczystej, tradycyjnej narracji "Dziury w niebie". Nie dawał się bowiem wytłumaczyć za pomocą logiki realistycznej. Cała ta partia książki sygnalizuje, że Konwicki podejmuje poszukiwania artystyczne, kierując się w stronę nadrealizmu. Co istotne, w "pamiętniku" widoczna jest już np. figura, którą rozpoznał i określił najwybitniejszy badacz Konwickiego, Tadeusz Lubelski: symbolizujący uprawianie twórczości motyw wędrówki, będący naczelną zasadą konstrukcyjną późniejszych utworów.
Owocem poszukiwań, rozwinięciem rysujących się w "Dziurze..." tropów onirycznych i autotematycznych staje się "Sennik współczesny" (1963). To jedno z arcydzieł polskiej literatury powojennej: sugestywna proza psychologiczna o różnorodnej narracji, z precyzyjną szkatułkową konstrukcją, sumująca przeżycia pokoleniowe czasu wojny i trudnych tużpowojennych wyborów. "Sennik współczesny" jest książką kultową nie tylko dla czytelników polskich, ale także np. rosyjskich.
Powieść ma kilka płaszczyzn: wątek współczesny, rozgrywający się nad Sołą, gdzie budowany jest zbiornik wodny, oraz retrospekcje, ukazujące dzieciństwo i młodość głównego bohatera, Pawła. Retrospekcje to obrazy newralgicznych momentów jego życia, głównie związanych z partyzantką okresu okupacji niemieckiej, a później antyradziecką, ale też dotyczące np. poczucia zdrady przyjaciół z partyzantki akowskiej po wojnie, podczas wstępowania do PZPR.
Przeszłość ta dosłownie wkracza w teraźniejszość Pawła, co przejawia się także w niejednorodności czasu i przestrzeni wątku współczesnego. Odkrył to Jan Walc, autor pierwszej pracy doktorskiej o Konwickim, opisując w niej m.in. tropy wskazujące na to, że akcja współczesna dzieje się jednocześnie i w latach 60. nad Sołą w Galicji, i w czasie przedwojennym na Wileńszczyźnie (np. w Galicji nie było powstania styczniowego, którego historią naznaczona jest dolina; rzeczywista Soła nie płynie na południe, czyli w kierunku, w którym płyną niektóre rzeki kresowe).
Walc przestrzegał jednak przed lekceważeniem zawartego w książce obrazu teraźniejszości. Powieść nie jest tylko analizą porażenia przeszłością i historią, jest świadectwem zagubienia człowieka współczesnego w świecie pozbawionym aksjomatów, człowieka osaczonego przez ideologie i zmuszanego do ciągłego dokonywania wyborów.
- Tylko miłość
Z krytykami, którzy nie dostrzegli - albo nie chcieli dostrzec - tego zorientowania "Sennika..." na współczesność, podjął dyskusję także sam Konwicki. Uczynił to pisząc kolejną powieść, manifestacyjnie wręcz współczesną, "Wniebowstąpienie" (1967).
Jej główny bohater budzi się wieczorem i nie może sobie przypomnieć, kim jest. Wyrusza w całonocną podróż po Gomułkowskiej Warszawie połowy lat 60., nie zdając sobie sprawy, że to pośmiertna wędrówka w zaświatach. Notabene, zaświaty te przypominają w wielu elementach wynurzających się spod topografii warszawskiej - Wileńszczyznę.
Bohater-narrator, nazywany przez kompanów Charonem, próbuje przezwyciężyć amnezję i konstruuje swoje domniemane życiorysy, składające się na kolejną w twórczości Konwickiego panoramę losów pokolenia. W "ćwiczeniach pamięci" odtwarza zaś to, co wydaje mu się najważniejsze, ponadczasowe, czego bliskość musi ocalić: snuje refleksje filozoficzne o rzece, lesie i niebie. Wartością, którą ocala ze swych kilkugodzinnych mrocznych przygód zakończonych na szpicy Pałacu Kultury, jest miłość.
"Wniebowstąpienie" to książka legendarna. Także jako powieść o politycznym drugim dnie. Konwicki ukazuje w niej polską rzeczywistość jako świat totalitarny (niebawem pisarz zostanie skreślony z listy członków PZPR). Do legendy książki przyczyniły się też jej losy wydawnicze: uznana przez władze PRL za skandal cenzorski, ma tłumiony rezonans recenzencki, ograniczaną dystrybucję.
Przez wielu krytyków i historyków literatury powieść ta uznawana jest za najwybitniejsze osiągnięcie prozatorskie Konwickiego.
- Antybajki dla dorosłych i dla dzieci
Zorientowanie na teraźniejszość wyraźne jest i w kolejnych powieściach: w "Zwierzoczłekoupiorze" (1969) i "Nic albo nic" (1971). Są to książki wyjątkowo ponure, ukazują beznadziejność rzeczywistości po Marcu 1968 i nagonce antyinteligenckiej, przeistaczającej się w haniebną propagandę antysemicką, skutkującą masową emigracją z Polski obywateli pochodzenia żydowskiego.
O Marcu mówi także ta pierwsza książka - mimo iż jest przecież pozornie przeznaczona dla młodszych czytelników, rozjaśniana ujmującymi ilustracjami Danuty Konwickiej oraz dowcipem i przygodową fabułą. "Zwierzoczłekoupiór" opowiada o chłopcu z Warszawy, który razem z dogiem Sebastianem wyrusza w podróże do przedwojennej Wileńszczyzny. Spomiędzy barwnych przygód czytelnik wyłuskuje jednak sygnały, że główny bohater-narrator jest tak naprawdę chłopcem umierającym w szpitalu. Umieszczenie problematyki śmierci w powieści, której czytelnikami mają być także dzieci, czyni Konwickiego jednym z prekursorów tendencji antybajkowych w literaturze młodzieżowej.
"Nic albo nic", zamykające "tryptyk egzystencjalny" - którego pierwsze człony to "Sennik współczesny" i "Wniebowstąpienie" - jest już natomiast książką wyłącznie dla dorosłych. Jej wątek główny oparty został, podobnie jak we "Wniebowstąpieniu", na motywach autentycznych sensacyjnych zdarzeń, w tym wypadku serii morderstw "wampira". Główny bohater, cierpiący na "epilepsję świadomości", nie zdaje sobie sprawy, że to on - w zaćmieniach jaźni - zabija kobiety. Podejrzewany o te czyny przez milicję, podejmuje ucieczkę po całej Polsce. Wątek ten pozwala Konwickiemu ukazać w warstwie aluzyjnej osaczenie obywatela PRL.
W innym planie utworu ukazana jest partyzantka wileńska, a w finale wizja końca świata. Otwierające książkę rozmowy chłopców z lasów litewsko-białoruskich o projektowanej pięknej, sprawiedliwej przyszłości, konfrontowane z rzeczywistością wątku współczesnego, wskazują upadek nadziei pokładanych w czasach powojennych, wyrażone już w samej tytułowej alternatywie. Helena Zaworska w recenzji z "Nic albo nic" zastanawiała się: "Tytuł prezentuje zatem negację całkowitą, nihilistyczną, rozpaczliwą? Może nawet nie negację, raczej przekonanie o całkowitej bezradności człowieka wobec unicestwiającego go chaosu i absurdu".
Również "Kronika wypadków miłosnych" (1974), utrzymana tym razem w konwencji nieomal kiczowatego romansu maturzystów z pięknych czasów wileńskiego międzywojnia, była na jednej ze swych płaszczyzn powieścią o czasach pomarcowych. Nie przypadkiem przecież Witold, tajemniczy nieznajomy, który w dziwnych okolicznościach odwiedza zakochanego abiturienta Witka, a który budzi się pod koniec powieści w swoim mieszkaniu we współczesnej Warszawie, popełni samobójstwo niedaleko Dworca Gdańskiego. Książka pozostaje jednak kolejnym w twórczości Konwickiego wyrazem nadziei pokładanych w sztuce. Dając w utworze sympatyczną a opartą na konstrukcjach literatury popularnej fabułę, okraszoną dodatkowo sensacyjnymi wyimkami z przedwojennej prasy, podkreśla autor pokrzepiający potencjał tkwiący w twórczości artystycznej i wskazuje egzystencjalną siłę wyrazu najbanalniejszych nawet literackich powrotów do "kraju lat dziecinnych".
Powieść zostanie w połowie lat osiemdziesiątych sfilmowana przez Andrzeja Wajdę, a sam Konwicki wystąpi w roli Nieznajomego.
- O "niewoli przeźroczystej"
Zamknąwszy "Kroniką wypadków miłosnych" swój drugi prozatorski tryptyk, cykl książek i dla dzieci, i dla dorosłych, kolejną książką Konwicki otwierał kolejny: raptularzowo-wspomnieniowy. "Kalendarz i klepsydra" (1976) jest jego pierwszą sylwą, czyli utworem łączącym w sobie przeróżne gatunki. Napisany w formie para-dziennika, jest zbiorem obserwacji, anegdot, wspomnień, wyznań dotyczących zaangażowania w tworzenie socrealizmu, relacji z podróży, portretów przyjaciół, zarówno tych niedawno zmarłych (przejmujące wspomnienia Wilhelma Macha i Aleksandra Kobzdeja), jak i tych żyjących (m.in. Antoniego Słonimskiego, Stanisława Dygata, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego). Książka zyskała sławę właśnie dzięki tej ostatniej grupie portretów artystów, partii często skandalizujących, balansujących na granicy uroczej ploteczki, ale zmierzających jednak do ukazania spraw bohaterów w perspektywie uniwersalnej. W momencie wydania "Kalendarz..." zaczytywany był też jednak z tego powodu, że dawał ogromny ładunek aluzji, składających się na obraz wegetującego w pozorach samorządności społeczeństwa. Zabawny, przewrotny, prowokacyjny, wzruszający "Kalendarz..." jest tak naprawdę traktatem o potrzebie wolności.
"Kompleks polski" (1977) stanowi kolejne ogniwo tych rozważań, tyle że jest już mniej aluzyjny, więcej diagnoz sformułowanych zostało bez zawoalowania, zwłaszcza w eseistycznych intermediach. Jawnie już podejmuje Konwicki kwestię kondycji peerelowskiego społeczeństwa połowy lat 70. Nie kryje ambicji syntezy, jakkolwiek oczywiście posługuje się w tym celu również środkami właściwymi literaturze pięknej. Paraboliczna sytuacja kolejki po radzieckie złoto z głównego, bożonarodzenionego wątku skonfrontowana zostaje w sposób ironiczny z wzniosłym listem patrioty kochającego Polskę - czy też jej wyobrażenie, jakże różne od Polski rzeczywistej - oraz z obrazami powstania styczniowego: tragiczną historią dowódcy Zygmunta Mineyki i przejmującą sceną z życia Romualda Traugutta, jadącego objąć dyktaturę i spotykającego się z żoną.
Taka książka nie może ukazać się w oficjalnym wydawnictwie. Wychodzi jako trzeci numer niezależnego "Zapisu".
- Eschatologia plus recepta na łupież
Gorzko syntetyzujący kwestie społeczne "Kompleks polski" stanowi pierwsze ogniwo kolejnego cyklu Konwickiego: książek politycznych.
Mimo całego swego ładunku goryczy, ta pierwsza pozycja tryptyku nie atakuje odbiorcy wprost, a wschodniego groźnego sąsiada portretuje raczej omówieniami i aluzjami. Druga jest natomiast już wręcz drastyczna i budzi najwyższe emocje. "Mała Apokalipsa" (1979) to najsłynniejsza i w kraju, i na świecie powieść Konwickiego, jedna z najgłośniejszych książek polskiego drugiego obiegu.
Głównym bohaterem i narratorem jest literat Tadeusz K. - mamy tu więc do czynienia z wychyleniem autorskim, bardzo notabene charakterystycznym dla prozy i filmów Konwickiego: główni bohaterowie są zawsze bardzo mu "bliscy", mieszkają w domu odwzorowanym z autentycznego warszawskiego mieszkania pisarza, mają podobne lęki, kompleksy i podobną przeszłość. Fabuła "Małej Apokalipsy" rozpoczyna się od przybycia dwóch opozycjonistów do mieszkania Tadeusza K. Proponują mu samospalenie się w proteście inteligencji przeciwko planom wcielenia Polski do ZSRR jako kolejnego kraju związkowego. Uchwycony w kleszcze moralnego szantażu, bohater wychodzi na ulice Warszawy, którymi wędruje aż do finałowego wieczoru pod Pałacem Kultury. Spotyka po drodze ludzi różnych opcji światopoglądowych i prowadzi z nimi dyskusje, zakochuje się w Rosjance Nadzieżdzie (Nadziei). Zachodzi na chwilę podziemnymi przejściami do sali balowej oczekującej dygnitarzy, znosi obecność swojego alter ego Tadzia Skórki, który to wielbiciel pięciokrotnie cytuje jego wcześniejsze powieści (są to fragmenty autentycznych powieści pisarza), a jak się okazuje - jest pracownikiem służb bezpieczeństwa. Tak mroczna fabuła przeplatana jest pełnymi czarnego humoru eseistycznymi intermediami, poradami erotycznymi czy medycznymi (np. recepta na przypadłości dermatologiczne), cytatami ponurych wierszy przyjaciół.
Polska ukazana jest w "Małej Apokalipsie" jako kraj w stanie agonalnym. Wszystko się sypie, najważniejszy most miasta zawala się, ruin budynków z centrum nikomu nie chce się uprzątnąć; społeczeństwo jest silnie zsowietyzowane, obywatele wciąż są legitymowani, nikt nie wie też, jaki dzień jest dokładnie, a jedyny wskazujący datę kalendarz zamknięty został w pilnie strzeżonym miejscu. Utwór staje się jednak nie tylko obrazem gospodarczego, politycznego i obyczajowego rozkładu PRL-u końca dekady Gierkowskiej. Jest także niezwykle gorzkim, bezprecedensowym rozrachunkiem z opozycją, podobną w istocie do reżymu, z którym walczy. "Jesteście wydzieliną tego systemu, żebrem z ciała tej tyranii. Wy jesteście z 'Biesów' Dostojewskiego, a nie z opowiadań Żeromskiego czy Struga" - mówi w jednej ze scen Tadeusz K. Wymienia tu nazwiska dwóch niezwykle ważnych dla polskiej inteligencji i dla samego Konwickiego pisarzy, kształtujących swoją rozrachunkową, bezkompromisową literaturą sumienie społeczne i przypominających powinności moralne inteligencji.
"Apokalipsa" zyskuje szeroki rezonans w kraju i na świecie, wywołując najskrajniejsze reakcje, otrzymując w recenzjach cały wachlarz opinii, od zachwytu po ostre polemiki. Gustaw Herling-Grudziński w prowadzonym na łamach paryskiej "Kultury" "Dzienniku pisanym nocą" uznał na przykład: "Szloch i szopka są [...] mechanicznie przemieszane, a nie wycieniowane i zbalansowane; i to przemieszane z takim zamiłowaniem do 'zgrywy' i 'nadrywu', że mieszanka staje się niemal w całości [...] paradą narodowej histerii" ("Kultura" 1979 nr 10).
Do uwag tych odniósł się w swojej recenzji Jan Kott ("Wiadomości" 1980 nr 1), polemizując z uznaniem powieściowych wizji za histeryczne. Porównał ich prawdziwość do "petersburskich koszmarów Gogola", a innymi dziełami, które stanowiły dlań kontekst do odczytania powieści, były m.in. III cz. "Dziadów" Adama Mickiewicza oraz "Proces" Franza Kafki (motyw "wyroku"). W swej odpowiedzi na polemikę Kotta, Herling-Grudziński ("Kultura" 1980 nr 4) dookreślił użytą przez siebie wcześniej kategorię histerii jako "demonizowanie Rosjan, które potęguje i pogłębia chorobliwą delektację bezsiły; gdy tymczasem większość tego, co dziś w Polsce 'trupie i widmowate' - i czemu można jednak stawiać opór - jest produktem sowietyzmu". Sam Konwicki w wywiadzie-rzece "Pół wieku czyśćca" podtrzyma swoje zdanie: zrówna rusyfikację i sowietyzację, jakkolwiek oczywiście podkreśli swą fascynację wielką kulturą rosyjską.
Za "Małą Apokalipsę" otrzymuje Nagrodę im. Mieczysława Grydzewskiego (za najlepszą książkę pisarza polskiego wydaną na emigracji, 1979), Nagrodę "Wiadomości" londyńskich (1981) oraz włoską Premio Letterario Internationale "Mondello" (1981). W latach dziewięćdziesiątych na motywach tej powieści nakręci film znany reżyser Costa Gavras.
- "Powrót w jarzmo"
Silne akcenty antyradzieckie pojawiają się także we "Wschodach i zachodach księżyca" (1982). Dość powiedzieć, że w książce tej sugeruje Konwicki to, o czym na świecie zaczęto mówić dopiero po dwudziestu latach: że za zamach na Jana Pawła II odpowiedzialne jest KGB.
Nie jest to jednak książka li tylko polityczna. Drugą sylwę pisarza wypełniają znów anegdoty, wspomnienia (przejmujący obraz Dygata, piękne epitafium dla Mieczysława Piotrowskiego, nieco zapomnianego, niesłusznie, grafika i prozaika), portrety (np. zabawny rozdział poświęcony Stanisławowi Lemowi), staje się notatnikiem perypetii związanych z adaptowaniem na film "Doliny Issy" Czesława Miłosza, zawiera początek pisanej niegdyś a nieukończonej książki, a także - o zgrozo - fragmenty "Nowych dni", czyli nieopublikowanej na przełomie lat 40. i 50. ze względów cenzorskich powieści o czasach powojennych i nabieraniu wiary w komunizm. "Wschody i zachody księżyca" pozostają jedną z mniej znanych książek autora, są tymczasem jedną z najlepszych.
Po wprowadzeniu stanu wojennego Konwicki zamyka swój tryptyk polityczny "Rzeką podziemną, podziemnymi ptakami" (1984). Fabułę powieści tworzy wędrówka bojącego się internowania bohatera. Siódmy (to jedyne w twórczości Konwickiego imię w taki sposób symboliczne, oznaczające siódme "powstanie" powojenne: po 1944, 56, 68, 70, 76 i 80), słysząc wieczorem łomotanie do drzwi, ratuje się ucieczką przez balkon i wyrusza w tułaczkę po Warszawie. Z matrycami nielegalnych wierszy w torbie. W prologu, epilogu oraz intermediach między trzynastoma rozdziałami pomieszcza Konwicki wizyjne obrazy przeszłości wileńskiej i zaświatów.
Poezja troskliwie taszczona w torbie okazuje się grafomańska, a pościg - wyimaginowany, książka zawiera zatem duży ładunek ironii (także autoironii). Jest też polemiką z kształtem literatury drugoobiegowej, która straciła, zdaniem Konwickiego, swoją siłę.
Konsekwencją takiego stanowiska pisarza jest "Nowy Świat i okolice" (1986) - "powrót w jarzmo" (wyrażenie z książki), czyli do oficjalnego obiegu wydawniczego. Tę sylwę pisze autor z myślą o cenzorze, co manifestacyjnie zaznacza w tekście, bo są tu np. apostrofy do cenzora, nie mówiąc już o ciągłych z nim utarczkach. Książka, zamykająca kolejny tryptyk, podobna w formule do "Kalendarza..." i "Wschodów...", ale o bardziej felietonowych całostkach-rozdziałach, przynosi nową porcję anegdot, portretów, wspomnień, opisów podróży (do tej grupy można również zaliczyć para-przewodnik po Warszawie, wędrówki tytułowym Nowym Światem) oraz autokomentarzy. Te ostatnie pojawiają się zresztą także jako refleks nagrywanych równolegle rozmów ze Stanisławem Beresiem, które złożą się na wydany - równolegle do "Nowego Światu", ale w drugim obiegu i na emigracji - wywiad-rzekę "Pół wieku czyśćca".
- Żyd w romansie dworkowym
Rok później Konwicki publikuje w wydawnictwie oficjalnym "Bohiń" (1987), jedną ze swoich najpiękniejszych i najpoczytniejszych powieści. "Bohiń" odwołuje się do gatunku literatury popularnej, w tym wypadku romansu dworkowego, czyli gatunku, który odegrał znaczącą rolę w literaturze polskiej w XIX wieku ("Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej), ale który zbanalizował się w późniejszych realizacjach popularnych i epigońskich (m.in. Maria Rodziewiczówna) oraz czytadłowych (nieśmiertelna Helena Mniszkówna).
Konwicki nadbudowuje na schemacie romansu, dziejącego się we dworze po powstaniu styczniowym, warstwę komentarza do kondycji społeczeństwa doby stanu wojennego, przekształcając jednocześnie ten schemat. Po pierwsze, by stworzyć własną autotematyczną jego realizację ("Wracam z takim mozołem przez wydmy minionego czasu, przez trzęsawiska dni i puszcze godzin do mojej babki Heleny Konwickiej [...]. A może ścigam ją przez obszary przeczuć, przez jeziora tęsknot, przez gęste mgły niepewności"). Po drugie, by stworzyć utwór prowokację społeczną (co podkreślił Stanisław Bereś w obszernej recenzji opublikowanej pod pseudonimem w podziemnym "Aneksie", nr 48/1988; przedruk w poświęconym częściowo Konwickiemu numerze "The Reviev of Contemporary Fiction", vol. 3/1994). Kochankiem bowiem w tym romansie dworkowym, ku zapewne irytacji niektórych czytelników, jest Żyd, przez co "Bohiń" staje się także wystąpieniem wymierzonym przeciwko polskiemu antysemityzmowi, wystąpieniem przypominającym o wspólnej polsko-żydowskiej przeszłości.
Do tematu żydowskiego powraca Konwicki również na początku lat 90., w "Zorzach wieczornych" (1991). "Zorze..." były ponownym zwrotem ku sylwie. To garść luźno powiązanych przemyśleń pisarza, relacji z podróży (m.in. obrazy Japonii i Australii) i impresji okalających trzy portrety Polaków-Żydów (Leopolda Tyrmanda, Adama Michnika, redaktorki Zofii Łuczek), portret rodziny Konwickiego oraz umieszczone w centralnym miejscu książki kameralne opowiadanie o Żydzie uciekinierze "Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była". W tej ostatniej partii, zgodnie z tytułem, wojny jakby nie ma: liczy się tu tylko miłość, liczy się niezwykła przemiana bohatera, który zakochawszy się podczas ukrywania, przestaje się bać; miłość unieważnia zło wokoło, nadając sens życiu.
- "Schodzę z ringu"
"Czytadło" (1992), wydane niedługo po "Zorzach wieczornych", mówi o miłości w podobny sposób. Okazuje się ona jedyną wartością godną ocalenia w świecie pogrążonym w chaosie. Tu jest to jednak świat współczesny, Polska współczesna. Powieść ma wyraźne zacięcie satyryczne, to niezmiernie przykra diagnoza kondycji społeczeństwa po 1989 roku - książką tą Konwicki czyni gest, jakiego od niego wówczas się oczekuje, tj. powraca na stanowisko pisarza dającego w swej twórczości obraz polskiej zbiorowości. Umieszczając takie zwierciadło w konstrukcji traktatu o powtórzeniach, traktatu o upadku świata kultury, świata języka, świata własnego, autor wyeksploatowuje właściwie wszystkie swoje chwyty beletrystyczne. Zatrzaskuje za sobą drzwi do fabuły.
"Pamfletem na siebie" (1995) zaś zatrzaskuje drzwi do literatury w ogóle. "Pamflet..." to sylwa-pożegnanie z czytelnikami, przekorna, ale już nie drapieżna, pisana dla przyjemności własnej i czytelnika. Dostrzegł to w recenzji Przemysław Czapliński ("Gazeta Wyborcza" z 6 XII 1995), podkreślając, że mamy do czynienia z pisaniem niezobowiązującym; spotkanie z autorem ma być bezinteresowne, ma być po prostu spotkaniem "jak z dobrym znajomym", z kimś przez siebie lubianym.
W telewizyjnej wypowiedzi dla Stanisława Beresia Konwicki tak wypowiada się o swojej ostatniej - od razu przez siebie określonej jako ostatnia - książce:
"Ja bym to nazwał rodzajem scenariusza, który piszę do spotkania z czytelnikiem. Jest to taka forma, która zachęca czytelnika albo do potakiwania, albo do niezgadzania się, albo do kończenia myśli, którą ja zacząłem. W każdym razie do udziału w procesie kreacyjnym, co było zresztą moją ambicją od młodych lat, od początków mojego pisania. Chciałem wymyślić jakąś taką formułę literacką, która by wprowadzała czytelnika razem ze mną na plan akcji, zachęcała go do współuczestnictwa, współdziałania, wspólnej kreacji jakiegoś wydarzenia psychologicznego czy, powiedzmy skromnie, umysłowego."
Pisarz zapowiada swoje milczenie dobitnie, w wielu komentarzach, m.in. właśnie w wywiadzie telewizyjnym Beresia ("Schodzę z ringu i zostawiam wolne miejsce dla następnych pokoleń"), ale przede wszystkim w numerze 2/1996 "Kwartalnika Artystycznego", w ankiecie "Po co piszę", gdzie wyznaje: "Nieoczekiwanie dopadła mnie starość. Jestem znudzony i zniechęcony. Cóż bym mógł odpowiedzieć na ankietę? Że w ogóle niepotrzebnie pisałem i że z ulgą odłożyłem pióro (chyba na zawsze)".
I rzeczywiście, niestety, odkłada pióro literata. Nie publikuje, jak dotąd, po "Pamflecie..." żadnej nowej książki. Podejmuje później jedynie aktywność publicystyczną, pisząc kilkanaście felietonów (cykl "Horyzont zdarzeń"), udziela zaledwie kilku wywiadów, jednego wywiadu-rzeki (ale na tematy filmowe, "Pamiętam, że było gorąco" Katarzyny Bielas i Jacka Szczerby, 2001), a w 2008 przyzwala na wydanie wyboru swoich mniejszych form prozatorskich, tomu "Wiatr i pył".
Ta ostatnia książka, zawierająca - ułożone w kolejności chronologicznej - opowiadania, wstępy do książek i albumów, wspomnienia o przyjaciołach, odpowiedzi na ankiety, satyry, niezrealizowany nigdy scenariusz "Trochę apogeum", reportaże, eseje, felietony, wreszcie i rysunki Konwickiego z przełomu lat 40. i 50., ukazuje panoramę działalności pisarza-reżysera. W pewien sposób podsumowuje ponad pół wieku niezwykłej, wielotworzywowej aktywności artystycznej twórcy.
Autor: Przemysław Kaniecki, listopad 2009
Czytaj więcej o Tadeuszu Konwickim:
Podobne
Film Tadeusz Konwicki
Film, LiteraturaProzaik, reżyser i scenarzysta filmowy, urodzony 22 czerwca 1926 roku w Nowej Wilejce na Wileńszczyźnie...
Film Wojciech Kuczok
Film, LiteraturaProzaik, poeta, krytyk filmowy i scenarzysta, speleolog. Urodzony w 1972 roku. Laureat Paszportu "Polityki" w dziedzinie literatury za rok 2003. Laureat literackiej nagrody "Nike...
Zobacz także
Sztuki wizualne Maria Poprzęcka "55 skarbów Polski"
Znakomita znawczyni i popularyzatorka sztuki profesor Maria Poprzęcka wybrała 55 najcenniejszych obiektów artystycznych znajdujących się w polskich zbiorach.
Sztuki wizualne Mirosław Bałka "Carrousel"
Gdy widz stanie pośrodku sali, w której wyświetlany jest film "Carrousel" ("Karuzela"), może mu się zakręcić w głowie. Wokół niego na ścianach wirują cztery projekcje.
Najczęściej czytane
- Film
Andrzej Wajda - Film
Jerzy Kosiński - Film
Agnieszka Holland - Film
Roman Polański - Film
Współczesny polski film dokumentalny







